Zrobiłam to

W piątek, szesnastego lutego 2018. Mój pierwszy raz. Marzyłam od dawna, sądziłam, że za parę lat dopiero, albo i nigdy, a tymczasem zdarzyło się nagle. Spontanicznie i radośnie. I było cudownie.
Zjechałam na nartach z Kasprowego.
Wszystko zaczęło się od instruktora. Trafił nam się taki, z którym miałam dobry flow, a kto mnie zna, ten wie, że to rzadkość, bo ja jestem irytująca już po pierwszej godzinie znajomości zazwyczaj.
Otóż ten albo nadawał na zbliżonej częstotliwości, albo dobrze udawał, w każdym razie poza „dzień dobry” i „ile płacę”, mogłam z nim normalnie po ludzku pogadać o dupie maryny. Toteż pewnego pięknego poranka wypaliłam doń na stoku z nienacka:
– Panie Wojtku, mnie to się marzy, żeby zjechać na nartach z Kasprowego. Myśli pan, że kiedy będziemy gotowe, za rok, dwa, pięć?
– Pani Ewo, dziewczynki to ja biorę w każdej chwili, i zjadą bez najmniejszego problemu. No, ale pani to nie wiem, czy da sobie radę – powiedział on, i tak się zaczęło. Nie wiem doprawdy jaki mechanizm uruchomił w moim mózgu, ale ani mnie nie wkurwił, ani nie zniechęcił. Po prostu w tej sekundzie wiedziałam, że to zrobię.
Dwa dni później staliśmy na szczycie, w miejsu oznaczonym jako początek trasy i nie było już odwrotu.
Pierwszy jechał instruktor, z prędkością dostosowaną do umiejętności moich dzieci. To znaczy, cholera, szybko. Za nim jechały one, skubane, bo sam sobie je tak wyszkolił. Potem długo nic, więc się zatrzymywali, i po minucie z mgły wyłaniałam się ja, walcząca heroicznie o przeżycie na każdym jednym zakręcie i szczęśliwa niczym zakonnica, która zabłądziła i trafiła na sex party. I tak w kółko aż do Kuźnic.
Pamiętam każdą chwilę, każdy zakręt. Uczucie towarzyszące jechaniu kilometrami w ciszy przez las nie jest porównywalne z niczym. Człowiek nagle rozumie, po co żyje.
To był dzień absolutnie przełomowy. Nie wiem dokąd mnie zaprowadzi, ale wiem, że lepiej sobie tej utraty cnoty nie mogłam wymarzyć.