Znak czasu

„Zanim skończy siedem lat, będzie pływała lepiej niż ja kiedykolwiek” – pomyślałam dziś o mojej starszej córce, obserwując jej cotygodniowe zajęcia na basenie. Kraulem i żabką szybko się męczy, bo nie potrafi jeszcze ustawić sobie oddychania, ale na plecach pływa zawodowo i to tylko kwiestia miesięcy, kiedy mnie zostawi w tyle. Zwłaszcza, że zaczęli ją już uczyć i pływania motylkiem również.
Siedziałam tak i dumałam o tym, w czym nasze dzieci są od nas lepsze, i w jakim stopniu to jest nasza zasługa, a w jakim to po prostu wymiana pokoleń.
Nic dziwnego, że pływają czy grają na instrumentach, skoro co tydzień się je na lekcje prowadza. A fakt, że szybciej łapią obsługę nowinek technicznych, to chyba też normalny znak czasów. Że posiądą w szkole nową wiedzę, której my czterdzieści lat temu w komunistycznym kraju nie mieliśmy w programie nauczania, też nic złego. Wszystko to cieszy i napawać będzie dumą i radością przez kolejne lata.
Aż przyjdize czas, że pewniego dnia przewyższą nas bystrością umysłu. Że połkną w jedno popołudnie książkę, dla nas już niezrozumiałą i nudną. Że lepiej załatwią sprawę w urzędzie, lepiej wymyślą, jak rozwiązać problem. Jakże trudne będzie pogodzenie się ze starością, z początkami demencji. Oby życie nas na to stopniowo przygotowało, pozwoliło się pogodzić, nie zaskoczyło.
– A co jadłyście na lunch w szkole? – zapytałam w drodze powrotnej z basenu córki moje dwie, lat sześć i pół oraz cztery i pół.
– Ja jacket potato* – powiedziała starsza.
– A ja sausage** – dodała młodsza.
– A nie meatballs***? – zdziwiłam się. – W domu czytałyśmy w menu, że dziś są meatballs przecież. Widocznie mamy nieaktualne menu. Muszę je wyrzucić i wziąć ze szkoły nowe.
– Mamo, nie wyrzucaj. – Powiedziała starsza roztropnie. –  Najpierw weź ze szkoły nowe, żebyś mogła porównać i wiedzieć, czy to na pewno jest nowe – wyjaśniła.
No, to długo nie czekałam.

* ziemniak pieczony ze skórą podawany z różnymi dodatkami
** kiełbaska
*** klopsy