Żelazko

Nie jestem fanką prasowania. Nie ja jedna oczywiście, ale za to jedna z nielicznych, która prowadząc proste życie może sobie na całkowity brak kontatku z własnem żelazkiem pozwolić. A już od kiedy mam małe dzieci, które najpierw ulewały, potem uczyły się jeść, a teraz malują farbami, żadna siła nie przekona mnie o wyższości ufajdanej wyprasowanej bluzki nad ufajdaną bez prasowania.
Zdawałam sobie jednak sprawę, że są w tym względzie dwa przełomowe momenty. Pierwszy, kiedy dziecko idzie do szkoły i trzeba mu prasować mundurek. Drugi, kiedy mama wraca do pracy.
Ale wciąż się tak jakoś od urodzenia starszej córki składało, że żaden z tych momentów nie następował. Do teraz. Bo oto dziecię moje starsze, lat cztery i pół, rozpoczyna właśnie swą wielką przygodę ze szkołą.
Nabyłam kilka mundurków, wyprałam i zaplanowałam, że wieczorem przed pierwszym dniem szkoły będę celebrować prasowanie ich. Według mego planu dzieci miały siedzieć na sofie i przyglądać się ciekawie, gdyż miała to być ich absolutnie pierwsza w życiu styczność z owym procederem.
Wcześniej tego dnia poszłam z wizytą do znajomej, gdzie siedząc z nią i pijąc kawę, nie mogłam się nadziwić, że cała czwórka naszych dzieci, która zazwyczaj lała się, ryczała i wymagała ciągłych interwencji, tym razem bawi się grzecznie i cicho.
– Mówię ci, to zbyt piękne. Albo się zaczną zaraz lać, albo co najmniej narobią nam obciachu. Stawiam na moje – powiedziałam do niej.
I się nie myliłam. Chwilę później dziecko moje wygrzebało z pudła zabawkowe żalazko.
– Mamo, patrz jaki fajny odkurzacz – powiedziała i przystąpiła do zabawy tymże.
Cholera, no co za pech! Cztery i pół roku mi się udawało i te kilka godzin mi zabrakło.