Zajęcia

– Dziewczynki, taka jestem z was dumna – zaczęłam lawinę pochwał, bo zebrało mi się na podsumowanie minionego lata, siadając pewnego wrześniowego popołudnia do kolacji z potomnymi moimi, lat cztery i pół oraz sześć i pół. – W te wakacje obie nauczyłyście się jeździć na rowerach bez bocznych kółek i wycieczki rowerowe z wami to była największa przyjemność dla mnie, wiecie? A jak świetnie wam szło na basenie! Obie potraficie już pływać w głębokiej wodzie. Brawo! Niedługo będziecie pływać szybciej niż ja, kochane moje. Gratuluję wam i jestem bardzo dumna – powiedziałam.
– Mamo – wtrąciła starsza swoją łamaną polszczyzną, – a co możemy się uczyć następne? Jakie zajęcia? – zapytała.
„O matko!” – pomyślałam. Przecież od lat prowadzam je tydzień w tydzień na balet i basen. W tym roku szkolnym starsza zaczęła też naukę gry na pianinie oraz po roku spędzonym na liście oczekujących dostała się do Rainbows*. No przecież ja już nie wydolę z nimi gonić na kolejne zajęcia. Ani one nie dadzą rady. Przecież to dzieci małe jeszcze i codziennie bite sześć godzin spędzają w szkole, co też jest wyczerpujące. Nie wspominając już o mojej płynności finansowej w obliczu ewentualnych nowych zajęć. Masakra. Tylko nie to. Musi jej wystarczyć. Nic nowego nie będzie. Żadnego tenisa, żadnej wspinaczki czy karate – bo te trzy mamy dostępne w pobliżu domu i są popularne. Sama wybrała to, na co chodzi. I basta. Muszę być twarda. Nic więcej.
– A czego byś chciała się jeszcze dodatkowo uczyć? – Zapytałam, bo nie chciałam odmówić na zasadzie „bo nie”, ale szczerze porozmawiać.
– Ja bym chciała, żebyś nauczyła nas gotować tak smacznie, ja ty potrafisz – powiedziała.
Anna, lat sześć i pół. Mistrzyni doprowadzania matki do łez wzruszenia.

* Odpowiednik polskich Zuchów dla dziewczynek.