Z poradnika umęczonej matki polki – porada XXXI

Kiedy ci się tak niefortunnie życie ułoży, że ferie zimowe pierwsze do sześciu lat spędzisz nie na nartach, ale w domu, i postanowisz nie posyłać dzieci do żancych klubów na zajęcia, bo nie po to masz durną, słabo płatną pracę na akord, żeby zasuwać w ferie, a dziećmi żeby się opiekowali obcy, i stwierdzisz, że to świetna okazja do ogłoszenia tygodnia domowego pod hasłem „Nakuka gotowania”, bo potomne twoje osiem i dziesięć lat mają i czas najwyższy na poszerzenie umiejętności zalania mlekiem miski płatków i otwarcia matce piwa o jakieś nowe kulinarne kreacje, i kiedy świadoma zagrożeń dla stanu technicznego kuchni po wpuszczzeniu tam dzieci na pełen etat, a co za tym idzie stanu twych nerwów, przezornie zrobisz sobie porządny zapas piwa, olejków z konopii, relanium czy co tam cię na codzień utrzymuje przy życiu, to pamiętaj żeby się tymi specyfikami doprowadzić do stanu apogeum niezmąconej tafli jeziora nirwany i relaksu, nie na moment wejścia do kuchni kiedy dzieci gotować skończą, ale na moment wystąpienia zdania: „Dokładnie mieszając dodawać mąkę po jednej łyżce do uzyskania odpowiednio gęstej konsystencji” podczas dyktowania im przepisu zanim zaczną.