Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXVI

Jeśli mieszkasz w klimacie z łagodnymi zimami, gdzie przeciętny tubylec przeżywa całe życie nigdy nie widząc śniegu na własne oczy, i jeśli dziecię twoje sześcio i pół letnie uczy się właśnie w szkole o porach roku, a konkretnie o zimie, zanim spontanicznie zproponujesz mu, że przygotujesz dla niego do pokazania całej klasie video z ostatniego wypadu w góry, gdzie jeździ na nartach, sankach, łyżwach, lepi bałwany, robi aniołki i tak dalej, zastanwów się dobrze, czy masz zainstalowany i czy potrafisz obsłużyć program do obróbki filmów, czy też może tylko kiedyś o takim słyszałaś.
W przeciwnym razie spędzisz pół nocy na instalowaniu kolejnych programów, z których żaden nie chce ruszyć na twoim jarym, ale jednak starym komputerze, żeby w końcu znaleźć jeden jedyny, który zadziała, i z oczami na zapałkach nad kubkiem kawy uczyć się jego obsługi, i żeby na rano mieć produkt wątliwej jakości, na którym postać twojego dziecka przez cały film zasłania umieszczony centralnie znak wodny.
Komputer będzie oczywiście zawirusowany dokumentnie.