Wywiadówka

Wywiadówka jest trzy razy do roku, na koniec każdego semestru i polega na tym, że pani siedzi przy biurku, a rodzice po kolei przysiadają się na rozmowę. Każdy ma swoje piętnaście minut. Można przyjść samemu, można we dwoje, a można i z dzieckiem, jak ktoś, tak jak ja, chodzi wszędzie z dzieckiem, bo go gdzie zostawić nie ma. Żeby wszystko szło sprawnie, szkoła ogłasza terminy wywiadówek dla poszczególnych klas i rodzice rezerwują swoje spotkania na konkretne godziny. Mailem, telefonicznie albo osobiście w sekretariacie. No i ogłosili jakoś tak przed świętami, że mi nie pasowało, bo musiałabym na balet czy na coś tam innego dzieci nie zawieźć, więc odpuściłam sobie. No nie chciało mi się, no.
Ja w ogóle jestem z edukacją szkolną na bakier trochę. Ciągam te dzieci po basenach, baletach, po górach, campingach i do teatru prowadzam, pilnuję, żeby się na hustawkach i drabinkach nawisiały ile trzeba, ale za to kompletnie olewam czego je tam w szkole uczą. Mam zamiar się w to nie wtrącać dopóki wystarcza im bystrości do tego, żeby bez mojej ingerencji oceny miały dobre, i żyję nadzieją, że stan ten potrwa jak najdłużej.
Tak więc nawet nie miałam specjalnie wyrzutów sumienia. Do dziś.
– Mamo, a dlaczego nie poszłaś na parent’s evening* z nami przed feriami? – Zapytała dziś wracając ze szkoły moja pierworodna, lat od wczoraj osiem.
– A bo jakoś nie miałam czasu ani nastroju, a wiedziałam, że nie muszę się o nic matwić, bo uczycie i zachowujecie się dobrze, więc tylko byśmy usiadły, pani pokazałby wasze zeszyty i prace i by was chwaliła…
– No właśnie! – Przerwała mi, co jej się zdarza raczej rzadko. – Ja bardzo lubię siedzieć tam z tobą i słuchać, jak pani mnie chwali i pokazuje ci moje prace.
Czyli co? Znowu zjebałam?

* wywiadówka