Wychowawca

Dziecię me młodsze, lat sześć i pół o imieniu Julia, od wiosny regularnie wspomina, że chce chodzić na piłkę nożną. W piątki, zaraz po szkole.
Ponieważ ja do piłki nożnej i jej fanów mam podejście podobne, jak do fanów sado-maso na ten przykład, to znaczy, szanuję, że sobie swoją pasję mają, ale niech mnie przypadkiem nie próbują nią zainteresować, to i dziecko miesiącami zbywałam. A to, że ma dużo zajęć i nie może robić wszystkiego, a to, że może od nowego roku, a to, że nie mam pieniędzy. Ale nie przestawała. A puszczać mimo uszu nie dało sie tego w nieskończoność. Zresztą, w końcu ona tylko połowę genów ma po mnie, a osadzenie się w pozostałej puli piłki nożnej wydaje się być mocno uzasadnione. Toteż w końcu wyszłam dziecięciu naprzeciw.
– Jak sobie załatwisz z tatą, że kupi ci cały ten strój, korki, ochraniacze i co tam jeszcze trzeba, to od września zapiszę cię na te zajęcia – powiedziałam.
Załatwiła w ciągu kilku godzin. Przez całe wakacje co kilka dni zakładała cały ten strój na siebie i kopała piłkę w ogródku, z szopki na rowery robiąc sobie bramkę, dzięki czemu szopka już się nie zamyka.
Nadszedł pierwszy tydzień szkoły, nastał piątek, i dziecię poszło podekscytowane do szkoły z torbą na książki i dodatkowym plecakiem ze strojem do football’u.
O piętnastej piętnaście odebrałam starszą córkę i już miałam iść do domu, a po młodszą wrócić po godzinie, kiedy z sekretariatu wyszła jedna z pań i poprosiła, żebym weszła. W sekretariacie na fotelu siedziało dziecię me młodsze, z miną niewyraźną, na granicy płaczu, a przed nią kucał jej nowy wychowawca. Młody, łysy, przesympatyczny i budzący zaufanie. Julka bardzo go lubi od samego początku.
Okazało się, że dziecię moje zjadła trema przed pójsciem na zajęcia z piłki, i wszyscy się właśnie przebierają w szatni, a ona nie chce iść.
Podziękowałam wychowawcy, że z nią siedzał, bo wiedziałam, że miał już fajrant i tak naprawdę, nie musiał. W tej chwili dziecko było już pod opieką trenerów piłki, nie jego. Dziecię przytuliłam, powiedziałam, że jeśli nie chce, to oczywiście nie musi iść i zaproponowałam, że usiądziemy wszystkie trzy na ławce i bedziemy obserwować zajęcia, żeby się mogła zastanowić, czy chce dołączyć.
Tak zrobiłyśmy. Już po kilku minutach dziecię się ośmieliło, na tej ławce przebrało szybko w piłkarski strój i ochoczo dołączyło do grupy.
Starsza córka, lat osiem i pół wyjęła z torby jakieś tomiszcze i zajęła się czytaniem, ja wyjęłam komórkę i zajęłam się rujnowaniem sobie życia przez messengera. Także każda z nas zajęła się swoim hobby, kiedy nagle z sielanki tej wyrwał nas głośny krzyk:
– Julia! – usłyszałyśmy i nasz wzrok powędrował w stronę źródła dźwięku.
Na chodniku pod szkołą stał Julki wychowawca.
– Well done Julia! – zawołał do niej pokazując uniesiony w górę kciuk. Następnie pomachał jej, ona odmachała i wróciła do nieudolnego dryblowania, a wychowawca wrócił do klasy.
Wtedy zorientowałam się, że nie przechodził tędy przypadkiem, z roboty do parkingu. Nie. On wypatrzył Julkę przez okno z klasy, wyszedł tylko po to, żeby ją wesprzeć i wrócił do wypełniania papierów.
Ma dziewczyna szczęście do ludzi. To będzie dobry rok.