Wsiąść do pociągu byle jakiego

Jak człowiek był piękny i młody, czyli tak w  wieku okołomaturalnym, a życie było proste, proste były też wakacje. Pakowało się plecak, skrzykiwało w kilka osób i wsiadało do pociągu byle jakiego. Zawsze, co roku pierwszym i stałym punktem programu było udanie się na Mazury, wynajęcie jakiejś starej krypy i pływanie tydzień czy dwa, a potem już w podgruapach, to znaczy w parach, świat należał do nas. Pociągiem, stopem, z namiotem rozbijanym gdzie bądź.
W Malborku nie mieliśmy na nocleg i pan, który pobierał opłaty w toalecie na dworcu poradził nam, żebyśmy wsiedli w pociąg i wysiedli na pierwszej czy drugiej stacji. Tam jest jeziorko i polanka i nie ma żywej duszy. A do Malborka parę(naście) kilometrów. Po zwiedzaniu zamku uciekł nam ostatni pociąg i szliśmy tymi torami nocą do namiotu w absolutnej ciemności. Do dziś pamiętam.
Ha Hel jechałam pociągiem, który z powodu upałów wypadł z torów i zatrzymał się, bez przewrotki na szczęście, stojąc obok torów, przed samym wiaduktem nad dwupasmówką. Nikomu nic sie nie stało, a piędziesiąt metrów dalej cały pociąg by spadł.
Albo gdzieś na Mazurach na wypadzie rowerowym z namiotami, pochodząca z gór i zafascynowana faktem, że po Mazurach się jedzie i jedzie, i cały dzień jest płasko, nigdy pod górę, pierwszy raz w żcyiu zrobiłam ponad sto kilometrów jednego dnia.
Albo jak kilkuosobową grupą wynajęliśmy jacht we Włoszech, popłynęliśmy na Elbę, zwiedziliśmy, wróciliśmy, oddaliśmy jacht i został nam tydzień czasu do autokaru powrotnego, a byliśmy bez pieniędzy na hotel. Ale człowiek był kreatywny wtedy. Ostatecznie spaliśmy tydzień na podłodze w jakimś klasztorze na obrzeżach Rzymu i zwiedziliśmy w tydzięń wszystko co było do zwiedzenia od Watykanu i Koloseum po ogrody Tivoli i zakamarki ulic.
Albo jak dzień przed finałem Pucharu Świata w skokach narciarskich w Planicy zachciało nam się na ten finał pojechać. W jedną dobę ogarnęliśmy bilety, teoretycznie niemożliwe do zdobycia i transport. Noclegu szukaliśmy na miejscu. Dało się.
Oj było tego, było. Zmieniał się skład grupy, w parach tez przetasowania były, ale człowiek zawsze był wolny.
A potem pokończyło się studia, przyszedł czas korporacji, karier, wesel, kredytów, remontów, dzieci, przedszkoli, zaklepywania urlopów z rocznym wyprzedzeniem, pieczołowitego planowania każdej godziny wakacji pod pieluchy, butelki, drzemki, alergie, pakowania zestawu leków dla niemowlat na wszelki wypadek na wszystko, rezygnowania z połowy wyjazdowych atrakcji, bo z dziećmi nie da się rady, i człowiek Bogu dziękuje, że ma te wspomnienia z czasów „wolności”, sam w nie nie dowierzając.
Aż tu nagle…
Moje dzieci wyjechały dziś na dwa tygodnie ze swoim tatą do Turcji. Dzieci mojej przyjaciółki ze swoim tatą do Tunezji. A my dwie wrzucamy do bagażnika namiot i dwa śpiwory, i jedziemy do Szkocji.
Bez planu.
Aż nie mogę w to uwierzyć.