Witaj szkoło!

Edukacja podstawowa w Anglii zorganizowana jest inaczj niż w Polsce. Dzieci idą do obowiązkowej zerówki we wrześniu, w którym mają ukończone cztery lata. Pobyt w placówce trwa codziennie od dziewiątej do piętnastej. Do szkoły chodzi się w mundurkach. Nie nosi się tornistrów, jedynie teczkę z książeczką do przeczytania w domu z rodzicami. Nie kupuje się wyprawki. Szkoła zapewnia wszystko. Również darmowy ciepły obiad o dwunastej, i dwie przekąski w formie bufetu z owocami, przed i po obiedzie. Nie ma klas, nie ma ławek. Pomieszczenia wyglądają jak w przedszkolu, dzieci siedzą na dywanach kiedy pani czyta, lub przy okrądłych stolikach, kiedy rysują. Ponadto śpiewają, mają dość dużo zabaw ruchowych, z czego godzina dziennie jest na świeżym powietrzu. Są oddzielone od starszych klas, mają nawet osobne wejście. Każda klasa ma swoją nauczycielkę i kilka pań asystentek. Są trzy semestry: pierwszy trwa do Bożego Narodzenia, drugi do Wielkanocy, trzeci do końca lipca. Jest miesiąc wakacji w lecie, ale są dwutygodniowe przerwy między semestrami na święta, oraz każdy z trzech semestrów ma tygodniową przerwę w połowie.
I w dodatku po roku, czyli nie mając jeszcze sześciu lat, dzieci czytają i liczą, i nic je to nie bolało. Żyć nie umierać.
Moja cztero i pół latka chodzi do szkoły od półtora tygodnia i jest zachwycona. Szkołą, mundurkiem, swoją nauczycielką. Nawet obiady je z wrażenia. A do domu wraca stęskniona za mamą i  siostrą, toteż bawi się spokojnie i bez wrzasków.
Codziennie pytam ją, co było w szkole. I codziennie nie ma zbyt wiele do powiedzenia, poza tym, że było fajnie i super. Na nic moje próby ciągnięcia za język; czy ma nowe koleżanki, czy liczyła, czy rysowała, o czym pani czytała. Nic. Nie chce jej się ze mną gadać. A mnie szlag trafia, bo nie po to pod sercem nosiłam, w bólach rodziłam, karmiłam, pieluchy zmieniałam i w nocy nie spałam, żeby mi teraz odbierała długo wyczekiwane chwile wzruszenia, jakich miały dostarczyć pierwsze dni szkoły.
Ale w końcu historyczny moment ten nastapił! Dziecko zapytane, co było w szkole, w końcu przemówiło.
– Mamo, wiesz, ja już mogę sama robić kupę w szkole – powiedziała podekscytowana.
– Taaak? – otwarłam szeroko oczy. I usta.
– Bo zrobiłam dziś kupę i sama wytarłam pupę, i założyłam majtki, i szybko zdjęłam, i zobaczyłam, i były czyste! Widzisz, już potrafię sama! – jednym tchem opowiedziała mi moja pierworodna o pierwszej rzeczy, której nauczyła się w szkole.
No, to się wzruszyłam.