Wirus

Mam ja coś takiego w zewnętrznym obliczu twarzoczaszki, a także zapewne w przekazie ustnym jak i niewerbalnym, że ludzie nie biorą mnie poważnie. I tak na przykład, kiedy mówię, że dziecię me młodsze czteroletnie to wredna zołza, która daje popalić, to się wszyscy w czoło pukają, bo to taki uroczy blond aniołek, i przesadzam, i co ja chcę od niej, jest taka czarująca przecież.
Ale niechcący dowód zdobyłam. Bo otóż dostała blond perełka gorączki. Podałm czym prędzej specyfik apteczny i po godzinie dziecię jak nowe było. Ale dzień później mnie dopadł ból głowy, łamanie w kościach, dreszcze. Mamy jak wiadomo z telewizji, zwolnienia nie biorą, tylko saszetki przeciw grypie, więc brałam dwa dni i przeszło. Kolejnego dnia sześciolatka poległa. Gorączkę miała dwa dni, ledwie się zbijać dało. Leżała bidulka w barłogu ledwie żywa, nie jadła, nie mówiła. Ożywała nieznacznie jak musiała udać się do toalety. Biegusiem, bo rozwolnienie miała jak ta lala.
W związku z wydarzeniami tymi nie odmówiłam sobie satysfakcji obwieszczenia wszem i wobec, że oto dowód jest, bo ja chora, starsza siostra chora, a gówniara mała proszę, wirusa przywlokła, pozarażała rodzinę, a sama niewzruszona. Bo złego licho nie bierze, no.
Ledwie odtrąbiłam, obwieściłam, a czterolatka pokazała, co potrafi. Konkretnie skupiła się na spontanicznym  oddawaniu płynow z oranizmu na zewnątrz tą samą drogą, którą uprzednio te płyny przyjmowała. Pawie podłużne, poprzeczne, skośne i każde inne katalogowe. Swoją drogą, ja ją chyba do urzędu patentowego zgłoszę jako perpetum mobile, bo na moje oko ona ze cztery razy więcej płynów wydala, niż wchłania.
W każdym razie mam nauczkę. Leży na sofie, wycieńczona owszem, ale wzrok jej jednoznacznie zwycięski.
Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.