Wigilia

„Jeżeli czegoś bardzo pragniesz, cały wszechświat potajemnie sprzysięga się, aby ci w tym pomóc” powiadają. No, i trzeba przyznać, że działa.
Ja na ten przykład niczego na świecie nie pragnę bardziej, niż świętego spokoju. Od drobnych spraw codziennych począwszy, na filozofii życia stawiającej na „slow life” skończywszy.
I tak właśnie, drugi rok z rzędu, na tydzień przed świętami zamiast szorować parkiety i lepić pierogi, spakowałam się z córkami do podręcznych walizek i zameldowałam na Podhalu. Wybrałam tani pensjonat urządzony w stuletnim góralskim domu z bali, gdzie schody skrzypiały, pokoje były maleńkie, a boazeria na korytarzach w moim wieku. Większości moich znajomych ten standart by nie odpowiadał, a ja byłam zachwycona, bo czułam się jak w schronisku w Pięciu Stawach. Widok z balkonu na Tatry miałam zapierający dech w piersiach a kuchnia serwowała dania, przy których jedzeniu uszy nam się trzęsły. Stoki narciarskie dobrze przygotowane, bez tłumów i kolejek, wypożyczalnie sprzętu na każdym rogu, instruktorów w bród. Wybrałyśmy pierwszego napotkanego i to był strzał w dziesiątkę. Spędzałyśmy z nim trzy godziny dziennie z ogromną przyjemnością, nawet nie zauważając, że podczas zabawy nasze umiejętności szybują. Dość powiedzieć, że ostatniego dnia moje córki, lat 5,5 i 7,5, jeździły swobodnie poza trasami, w głęgokim śniegu.
Wyszalałyśmy się też kilkarotnie na lodowisku, i wymoczyłyśmy w termach. Żadna się nie przeziębiła, pomimo latania boso w strojach po śniegu pomiędzy basenami zewnętrznymi.
Czego chcieć więcej?
Otóż. W drodze powrotnej w połowie lotu kapitan ogłosił, że minęliśmy Rotterdam i jesteśmy nad Kanałem La Manche, oraz, że dostaliśmy informację, że lotnisko docelowe zostało właśnie zamknięte, i wylądujemy na innym, skąd do miejsca docelowego zostaniemy przewiezieni autokarami. Ponieważ nikt z załogi pokładowej na tym rejsie nie mówił po polsku a samolot pełen był polskich małżeństw w średnim wieku lecących na święta do dzieci i wnuków, którzy nic z komunikatu nie zrozumieli, a ja siedziałam z przodu i byłam pierwszą pod ręką osobą dwujęzyczną, automatycznie zostałam asystentką managera pokładu do spraw translatorskich w rewirze piewszych rzędów o specjalności „uspakajanie starszych ludzi, trzymanie ich za rekę, tłumaczenie że nikt nas nie zostawi w szczerym polu i dostarczą nas na miejsce, tak, z bagażami, walizki się nie zgubią proszę pana, syn czeka na lotnisku? proszę się nie martwić, on tam też dostaje te same komunikaty które my mamy i wie gdzie pani jest i będzie tam czekał, pan ma cukrzycę i musi natychmiast coś zjeść? dobrze, zaraz dostanie pan coś słodkiego, a nie, nie może być słodkie, kanapka z kurczakiem w takim razie dla pana raz, nie, to nie bomba,  tak, czekamy w samolocie, bo nie możemy sobie spacerowac po płycie lotniska, to jest niebezieczne, dlatego tu siedzimy w oczekiwaniu na autokar, ale naprawdę, to nie jest porwanie i ci ludzie, którzy wysiadają to nie zwolnieni zakładnicy, tylko pasażerowie, którzy zdecydowali, że stąd im łatwiej dojechać do domów, i nie czekają na autokar, ale my siedzimy spokojnie i czekamy…”
Muszę dumnie przyznać, że moje dzieci podczas tego około półtoragodzinnego oczekiwania staneły na wysokości zadania, zajęły sie sobą, nie marudziły, zdobywając sympatię wszystkich wokół.
Kiedy z około pięciogodzinnym opóźnieniem, zmęczone i głodne, bo z jedzenia w samolotach tanich linii tolerujemy smakowo jedynie czipsy, znalazłyśmy się wreszcie na naszym lotnisku docelowym, naszym oczom ukazał się widok paru tysięcy osób, koczujących na każdej dostępnej powierzchni płaskiej, z walizkami, z dziećmi, tak gęsto, że przedostanie się do bistro żeby kupić kanapkę wymagało nie lada sprawności. Loty tych ludzi zostały odwołane lub opóźnione na czas nieokreślony. Wszyscy gdzies dzwonili, zdenerowani lub zrezygnowani, dzieci wariowały z nudów. Chaos i nerwy. I płacz. Wtedy zrozumiałyśmy, jakie miałyśmy sczęście, że w momencie zamknięcia lotniska byłyśmy już w powietrzu i blisko celu, i nasz samolot nie został zawrócony do Krakowa. Że ostatecznie z opóźnieniem, ale jesteśmy na miejscu. Bo wszyscy ci ludzie nie spędzą świąt jak planowali. Większość z nich już nie doleci na te święta do celu.
Dlatego dziś, w Wigilię, siedząc o siódmej rano z kawą i laptopem na kolachach, obok rozświetlonej choinki, czekając aż zbudzą się i zejdą na dół moje dzieci, i zaczniemy lepić pierogi i kroić warzywa na sałatkę, życzę sobie, ażeby wszechświat dalej sprzyięgał się potajemnie i czuwał nad nami.

Państwu wszystkim życzę tego samego.
Wesołych Świąt!