Wczasy, transport, opieka medyczna

Moje niedawne wakacje all inclusive w Londynie zawierały transport mnie i mojej szarańczy do domu. Usługi podjęła się niezawodna ekipa w składzie Kinga (mama) oraz Robert i Adam, lat jedenaście i osiem. Zadanie było wyczerpujące, toteż ekipa została u mnie na kilka dni. Pobyt u mnie okazał się jeszcze bardziej wyczerpujący, więc w weekend ze wsparciem do ekipy dołączył Andrzej (czyli tata).
Jako głównej atrakcji pobytu oczekiwaliśmy huraganu Berthy, a dla urozmaicenia oczekiwania młodsza moja potomna, lat dwa i pół, spadła ze schodów.
Po wiczorze spędzonym na pogotowiu wróciłam z poszkodowaną do domu. Na stole położyłam ulotkę informacyjną otrzymaną w szpitalu, dla opiekunów dzieci po urazie głowy, na temat obserwacji i reakcji w razie wystąpienia objawów wstrząśnienia mózgu. Ulotkę natychmiast przestudiowali bardzo dokładnie Robert i Adam. Adam, jako bezpośredni świadek wypadku bardzo się przejął, więc upewnił się, że znam numer telefonu, pod który mam niezwłocznie zadzwonić, gdyby dziecko wymiotowało, mdlało, nie oddychało itd. Po upewnieniu się, że numer znam, przystąpił do egzanimowania poszkodowanej.
– Julka, możesz oddychać? – zapytał.
– Hungry* – odpowiedziała wymijająco pacjentka.
– A nie straciłaś pamięci? – kontynuował z przejęciem.
– Co? – zapiszczała.
– Pamiętasz jak mam na imię? – kontynuował, a napięcie rosło.
– Adama – wyszczerzyła zęby zadowolona, że rozumie i zna odpowiedź.
– Nie, ja jestem Adam. Jestem chłopcem. Tak jak Robert. Imiona chłopców nie kończą się na „a”. Rozumiesz? To jak mam na imię? – powtórzył pytanie.
– Nie wiem – odpowiedziała pacjentka skonfudowana niezrozumiałym wykładem.
– Ciociuuu! Szybko! Ona straciła pamięć!

* Głgdna