Usprawiedliwienie

„Do bloga! Do bloga!” – tak na mnie wołają.
A wy myślicie, że to łatwo? Jak człowiek się już przyzwyczaił do  nieodczuwania niepokoju  z powodu ciszy w domu, do ekskluzywnego wypicia kawy na siedząco zanim wystygnie, do luksusowego siedzenia w toalecie dłużej niż trzydzieści sekund, bez zdzierania gardła na rozstrzyganie nagłego konfliktu o pomarańczową kredkę zlokalizowanego piętro niżej,  do spokojnego wymemłania rękoma mięsa na mielone bez barykadowania się bramką w kuchni i bez wydawania jogurcików z lodówki i obierania jabłek ze skórki w międzyczasie, do ekstrawaganckiej możliwości przeczytania ciurkiem całego artykułu lub rozdziału książki, do niewiarygodnego widoku własnego salonu w wersji oryginalnej – nie usłanego zabawkami – dłużej niż piętnaście minut, do odprężającego prania, prasowania i zmywania garów bez nieustannego nasłuchiwania czy potwory się leją czy wyzywają,  a tu nagle spadają na człowieka ferie? Potraficie to zrozumieć?
Cztero i pół latka budzi się o siódmej i zaczyna:
– Mamo, a pójdziemy dziś do tennis club* zapisać mnie na tennis camp**? Ale ja chciałam, żeby mój friend*** ze szkoły też ze mną chodziła na tenis. Ty wiesz która jest mój friend? Ty wiesz jej imię? Ella. Ona nie umie mówić tak jak my. Ona mowi tylko tak po English****. Ale ja ją nauczyłam jedno słowo „ola”. Wiesz mamo takie słowo? To jest po spaniszu takie słowo, ja wiem. Ja nauczyłam mój friend, żeby ona nie była sad*****, że nie umie mówić tak jak ja umiem i ty. A wiesz mamo, że ja i mój friend mówimy bad words****** czasem? Ale my mówimy na zabawe, i my nie jesteśmy sad jak mówimy bad words, bo my jesteśmy friends, a friends mogą mówić bad words na zabawe, wiesz?
A wiecie kiedy kończy? Wiecie? O siódmej wieczorem, kiedy ją przykrywam kołdrą.
Te ferie mnie wykańczają.

* klub tenisowy
** obóz tenisowy
*** przyjaciel
**** angilski
***** smutny
****** brzydkie słowa