Tresura

„Zawsze zatrzymuj auto przed znakiem STOP, nawet jeśli skrzyżowanie jest zupełnie puste. Wyrób sobie taki nawyk. Przyjdzie dzień, że nie zauważysz samochodu, i ten nawyk uratuje ci życie.” – tresował mnie lata temu któryś z moich chłopaków. Dziś nie pamiętam który to był, ale nawyk pozostał.
Przypomniało mi się, bo w poniedziałek pociechy moje, lat cztery i sześć, rozpoczęły sezon jeżdżenia na hulajnogach do szkoły. Już pierwszego dnia okazało się, że przez zimę wyparowały im z głowy zasady, które im wpajałam, więc się nagoniłam za nimi, nawołałam, nadenerwowałam.
Po szkole posadziłam towarzystwo na sofie i walnęłam pogadankę o zasadach bezpieczeństwa, ale że nie docierało do nich to abstrakcyjne słowo, to zapowiedziałam zwyczajnie matkopolsko, że albo mnie na hulajnogach słuchają, albo szlaban na tablety. Wtedy z przejęciem powtórzyły po dwa razy każda, że mają trzymać odstęp jedna za drugą, zatrzymywać się przed każdym przejściem przez jezdnię oraz każdym zakrętem za którym stracimy kontakt wzrokowy i czekać, aż spokojnie do nich dojdę i pozwolę jechać dalej.
Od wtorku cudowna przemiana. Stoją w kaskach z plecaczkami obok swojej hulajonogi każda przed  przejściem dla pieszych. Sznur samochodów z prawej i lewej stoi, a one ani drgną, czekają, aż dojdę i powiem, że można jechać. Przepraszam wszystkich kierowców, a oni uśmiechnięci pokazują mi kciuk, że takie urocze dzieci. Ale ja tu mieszkam od dawna, to ja wiem, co oni za bluzgi spod tych angielskich uśmiechów puszczają. Pecha mają, będziemy tym przejściem do szkoły jeszcze siedem lat chodzić.
Po szkole też. Wariują małolaty na hulajnogach po boisku, aż w końcu mówię, że jedziemy do domu, to podjeżdżają do furtki, zatrzymują się w jej świetle, czekają, aż dojdę. Nic to, że za nimi kolejka innych czekających, żeby wyjść. One słuchają.
W środy prosto ze szkoły chodzimy na balet. Założyły kaski, plecaki, pojechały. Ja w ogólnym tłoku i zamieszaniu pod szkołą zamieniłm z kimś kilka zdań i poszłam za nimi. Doszłam do głównej bramy. Ania stała i czekała.
– Gdzie jest Julka? – Zapytałam.
– Nie wiem – odpowiedziała.
Rozejrzałam się. Nie było jej.
– Stój tu i nie ruszaj się nigdzie, dopóki nie wrócę! – krzyknęłam i puściłam się w te pędy w stronę skrzyżowania i parku, którym przechodzimy do szkoły baletowej. Nie było jej na skrzyżowaniu. Nie było za skrzyżowaniem. Zaczęłam ją wołać po imieniu. Znajome z widzenia mamy kiwały do mnie głowami, że za zakrętem jej nie ma.
Wróciłam pod bramę główną. Wpadłam w tłum pod szkołą. Zaczełam ją wołać. Ktoś przytomny zapytał, jak wygląda.
– Cztery lata, kask, plecak, hulajnoga, fioletowa kurtka – powiedziałam i kilka osób zaczęło się rozglądać ze mną.
Nie było jej. Wiedziałam, że jeśli się zgubiła to ktoś ją przyprowadzi. To nieduża dzielnica, prawie wszyscy znają się pod szkołą z widzienia. Ale jeśli jakiś dobry wujek wykorzystał zamieszanie i zawołał ją do samochodu na cukierka, to najcenniejsze są pierwsze minuty, więc prawie stratowałam kilku rodziców rzucając się do budynku, żeby w sekretariacie zgłosić zaginięcie dziecka. Drzwi do szkoły są przystosowane dla niepełnosprawnych, otwierają się po przyciśnieciu przycisku, automatycznie i powoli. Przycisnęłam. Trzy najdłuższe sekundy mojego życia, zanim te cholerne drzwi się otworzą. Trzy sekundy. Wieczność.
Nagle mnie tknęło. Obróciłam się i spojrzałam daleko za boiskiem, na furtkę, którą wychodzmy, jeśli idziemy ze szkoły prosto do domu.
Dziecina stała tam spokojnie obok swojej hulajnogi i czekała. Chyba już jej się trochę nudziło, bo zaczęła odklejać nalepki z kierownicy, ale stała i czekała.
Dobra tresura nie jest zła.