Tolerancja

Zawsze wiedziałam, że wyniosłam z domu szacunek do ludzi bez względu na ich poglądy, wiarę, gusta, wykształcenie i inteligencję. Nie było trudno mi to wpoić, bo jestem po matce, zagorzałej katoliczce, która więcej życia spędziła w kościele niż we własnej kuchni, oraz po ojcu, zadeklarowanym ateiście, który nawet na moją komunię do kościoła nie wszedł, i którzy to rodzice moi pokłócili się w życiu piedylion razy z każdej możliwej przyczyny, lecz nigdy nie stali sobie na drodze ze względu na wiarę lub jej brak. Osobiście nigdy nie usłyszałam ani słowa komentarza ze strony ojca, że chodzę na religię i przyjmuję wszystkie sakramenty jak leci, ani też ani słowa od matki, kiedy natychmiast po bierzmowaniu wyszłam z kościoła raz na zawsze i nigdy więcej nie weszłam.
Zawsze też denerwowali mnie ludzie, którzy traktowali swoje poglądy jako jedynie słuszne i, niejednokrotnie będąc w wieku dojrzałym, głosząc je ze szczenięcą butą wyrażali pogardę dla innej opcji. A już żenowało mnie mocno, kiedy rozmówca, na przykład ja, byłam z tej innej opcji, a delikwent nie rozumiał nawet, że właśnie mnie obraża. Ceniłam sobie bardzo, że potrafię być ponad to, że to widzę, i zawsze wiedziałam, że to nie zasługa liczby przeczytanych książek, tylko wychowania.
Potem wyjechałam żyć do obcego kraju i przekonałam się, żem rasistka jak ta lala. Póki siedzę na swojej kanapie, rasistką nie jestem, ale tolerancja kończy mi się natychmiast, kiedy dzielę szatnię z Afrobrytyjczykami, których pot ma zapach inny niż białych, albo kiedy Hindusi otwierają na stłówce swoje lunch box’y i ich przyprawy są nie do zniesienia, a już najmniejszą tolerancję miałam do Arabów, bo przystojni, uroczy, ale ani z nimi się napić, ani nawet na lunch pójść, bo bez przerwy mają ten cholerny ramadan.
Trochę to trwało, ale nauczyłam się. No, może nie akceptacji totalnej, ale tolerancji na pewno.
I już, już myślałam, że jestem mistrzynią liberalności, królową szacunku do odmienności, jak okazało się, że schody dopiero się zaczynają.
Otóż córki moje weszły w wiek, w którym nie wydaje się im już wyłącznie poleceń, ale trzeba zacząć liczyć się z ich zdaniem. I nie jest łatwo.
Wstały dziś rano, umyły zęby, uczesały się, założyły mundurki i zeszły na śniadanie. Podałam im je i poszłam na górę podmalować oko. Zostawiłam je z: Halo – Vintage Motown Style Beyonce Cover ft. LaVance Colley. Kiedy wróciłam słuchały: JoJo Siwa – BOOMERANG.
I to nie są żarty. Pogodzenie się z gustem muzycznym moich dzieci to dla mnie K2 tolerancji. Nie wlezę.