To się właśnie dzieje

Znowu. Znowu się to stało.
Bo jest taka tradycja, że jak oddajesz dziecko na urodzinowe przyjęcie do kogoś, to zaprowadzasz je z prezentem i kartką, upewniasz się o której masz odebrać, ogarniając wzrokiem nadchodzący armagedon rzucasz do rodzca organizatora kondolencje w stylu: „Jesteś bardzo dzielny, współczuję” albo „Jakoś to będzie, dasz radę” i ewakuujesz sie w te pędy. Po ustalonym czasie wracasz, odbierasz swój egzemplarz, składasz gratulacje rodzicowi, że przertwał, i pocieszasz, że ma teraz rok z głowy.
Raz, albo kilka razy do roku masz szczeście być tym wybrańcem, który armagedon organizuje, i musisz przyznać, że taka na przykład dziesiątka kilkulatków drących się w niebogłosy, kłócących o zabawki, rozwalających wszystko, płaczących, że ktoś inny wygrał w konkursie, zdejmujących z siebie sweterki i rzucających gdzie popadnie, latających do toalety, rozrzucających z podekscytowania jedzenie po stole i podłodze, rozlewających napoje i ogólnie goniących po całej hali na przykład kręgielni, parku trampolin czy innego przybytku, gdzie dla utrudnienia przebywa sporo innych, obcych ludzi, to przeżycia z najwyższej półki.
Tymczasem już rok temu, kiedy, wtedy siedmioletnia, moja potomna z numerem seryjnym drugim, zapragnęła z okazji urodzin przyjąć kilka przyjaciółek na nocówkę do domu, spodziewając sie katastrofy, byłam szczerze zdziwiona jak gładko poszło.
W tym roku ten sam numer seryjny dwa, blond aniał o imieniu Julia postanowił zaprosić koleżanki na godzinną sesję do wrotkarni, a następnie do pobliskiej restauracji Pizza Hut. Napisała odręczne zaproszenie, skserowała, pozwijała w rulony, przewiązała każdy wstążeczką i rozdała ośmiu koleżankom. Od tego momementu powinnam była zacząć lamentować, że co ja narobiłam, w co ja się wpakowałam. Ale jakaś spokojna byłam. No nie chciał mnie ten stres dopaść.
I miał rację.
Rodzice wszystkich dzieci potwierdzili udział w przyjeciu, wszystkie przyszły na czas i dostały wrotki, większość umiała sobie je zapiąć, reszcie pomogłam ja i obsługa obiektu. Prawie wszystkie umiały jeździć i od razu poszły szaleć. Dla jednej to był pierwszy raz, wiec trochę pomagała jej mama, która z nią została, a potem pan instruktor i po pół godzinie już jeździła sama. Wszystkie zmęczone i zadowolone, jeździły do upadłego, do ostaniej minuty. Żadnych wypadków, złamań, stłuczeń. Dziewięć roześmianych twarzyczek, powtarzających że było fantastycznie. W reatauracji każda złożyła zamówienie na małą pizzę, każda jakiś swój jeden dodatek wybrała, więc się poczuły bardzo dorosłe. Jedna zaszalała i zamówiła spagetti, nie pizzę. Na wieść o nielimitowanych drinkach z maszyny oszalały ze szczęścia i oblegały maszynę dobry kwadrans, dywagujac nad różnicami pomiedzy fantą wiśniową a colą waniliową. Nic sie nikomu nie rozlało. Potem cały wianuszek otoczył bar sałatkowy i tam sikały ze szczęścia poraz drugi. Po ich odejściu obsługa musiała przejechać podłogę miotłą w koło baru, i to był jedyny zgrzyt, ale prawdę mówiąc zrobili to tak sprawnie, że widać często mają do czynienia z rozmemocjonowaną bandą dzieci i wiedzą co robić.
Zjadły sałatki, dostały swoje dania, też zjadły, poszły do maszyny z lodami i posypkami do lodów, gdzie oszalały ze szczęścia trzeci raz. Kiedy kończyły lody na stół wjechał tort, który Julia wybrała w cukierni a ja dostarczyłam do reatauracji tego dnia wcześniej. Odśpiewano Happy Birthday, zdmuchnęła świeczki. Angielskim zwyczajem tort pokroiłam na kawałki, zawinęłam w serwetki i włożyłam do party bags, czyli torebeczek z drobnymi upominkami, które rozdaje się gościom w podzięce za przybycie, i Julka rozdała wszystkim taki właśnie zestaw na wynos. Wtedy przyszli rodzice, odebrali dzieci. Wszystkie dziewczynki wyglądałay na zadowolone i wszystkie umówiły się za tydzień na wrotkach. Rachunek dostałam dużo niższy, niż się spodziewałam, więc dodałam do niego porządny napiwek, bo obsługa była szalenie miła i sprawna.
W domu dziecina rozpakowała prezenty i jest bardzo zadowolona.
No i nic. Żadnego armagedonu, płaczów, wypadków, kłotni. Nic.
Jedna dziewczynka wyglądała na chorą przez około kwadrans, markotna i blada była, więc obserwowałam i byłam w kontakcie z rodzicami. Upewniłam sie, że wszyskto w porzadku kiedy poszła do toalety, bo sądziłam, że może wymiotuje. Ale nie. Jak już pojadła i popiła, i poprawiła lodami, to życie w nią wróciło.
No i nic. Żadnego stresu. Nic.
To się dzieje. To się dzieje naprawdę. Tu i teraz.
Dzieci dorastają.