Tenis

Ironia losu to osobliwa, żebym ja, która całe życie swoje konsekwentnie stronię od wszelkiej aktywności fizycznej, uznając jedynie rower, na którym poszaleć ciężko, od kiedy się do niego na stałe przytroczyła przyczepka z dwójką dzieci w środku, i żeglarstwo, którego w UK zaniechałam, bo Morze Północne to jednak nie Chorwacja i leżenie w bikini na dziobie jachtu nie jest tu aż tak komfortowe, dodatkowo szczerze nienawidząca siłowni, biegania i gier z piłką, niedajboże zespołowych, osiadła na stałe po latach tułaczki w czworokącie bermudzkim pomiędzy klubm fitnes, klubem tenisowym, klubem wspinaczkowym i basenem.
Ale ma to też swoje plusy, bo oto nastał luty i mamy ferie zimowe. To piękny czas, kiedy w ogródku kwitną krokusy, żonkile i stokrotki, w powietrzu unosi się zapach skoszonej trawy, a ceny biletów lotniczych skoczyły czterokrotnie, więc kto nie śmierdzi groszem, ten nie baluje na nartach, tylko posyła przychówek na półkolonie na kort tnisowy.
Tam pociechy całe dnie grają w krykieta i piłkę nożną, a czasem nawet w tenisa, podczas kiedy umęczona matka może oddać się przyjemnościom, takim jak sauna, jacuzzi, pedicure, henna, maseczka, wizyta w skelpie z bielizną, zdrowa sałatka na lunch i takie tam.
I tylko nie mogę zrozumieć, dlaczego one po całym dniu uprawiania sportów wracają szczęśliwe niczym Burek po ćwierćmaratonie, a ja po całym dniu upojnych przyjemności jestem wy… O pardon, zmęczona, jak koń po wsternie.