Taka gra

Ostrzeżenie dla wrażliwych:
Dzisiejszy wspis będzie zawierał wyrazy. Taki mam nastrój.

Dzień rodzica samodzielnie wychowującego dwójkę małych dzieci jest jak mecz piłki nożnej. Bywa, że strzelasz bramki jedna za drugą, bywa, że ledwie powłóczysz nogami i modlisz się o końcowy gwizdek. Czasem liczy się wynik, czasem styl gry. Różnica polegana tym, że tu nie ma treningów, gdzie można pobiegać na pół gwizdka. Tu codziennie jest mecz. Czasem grasz na wyjeździe. Czasem w nocy. I sezon trwa cały rok. Bez trenera. Bez masażysty.
Grasz, grasz, aż w końcu przychodzi taki dzień, powiedzmy środa, kiedy zwyczajnie następuje opór. Mówisz: „Pierdolę” i siadasz na ławce.
Około piątku stwierdzasz, że lodówka jest pusta, kosz na śmieci się nie domyka, nie ma czystego kubka a w pralce jest pranie, które wyprało się dwa dni temu, zaś cały dom wygląda jak skład porozrzucanych rupieci.
Na domiar złego, przyjeżdza pani z ogłoszenia i kupuje od ciebie twój ukochany wózek. Niby nie był ci potrzebny i stał w komórce, ale i tak bez niego nagle czujesz się jak Boruc bez rękawic, jak Szaranowicz bez mikrofonu. I serce ci pęka.
Po południu odbierasz dzieci z placówek. W domu okazuje się, że młodsza jest tą jedną na tysiąc, wymienioną w ulotce dołączonej do opakowania, która dostanie sraczki po zażyciu środka odrobaczającego, a starsza jest pokryta bąblami i ma ospę.
I co robisz? Co robisz?
Wstajesz i zapierdalasz. Bo tu jednak nie ma ławki. Bo tu nikt cię nie zmieni. Bo tu trzeba być jak Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek razem wzięci. Codziennie.