Sześciolatki

Podczas kiedy w Polsce trwa nieustająca i nierozwiązywalna dyskusja, czy sześciolatki są gotowe na szkołę, i co ważniejsze, czy szkoła jest gotowa na sześciolatki, moja pierworodna niespodziewanie i przypadkowo dotarła do samego jej sedna.
Otóż córki moje, lat pięć i pół i prawie cztery, w kraju swego pochodzenia, w którym z nimi mieszkam, objęte są obowiązkiem szkolnym, w dużym uproszczeniu, od ukończenia czterech lat. Przez pierwsze trzy lata szkoła przypomina raczej przedszkole, a do prawdziwych ław szkolnych dzieci zasiadają mniej więcej jako sześcio i siedmiolatki. Ale wtedy, po trzyletniej wstępnej zabawie, w zasadzie płynnie piszą i czytają.
Moja pierworodna jest w połowie tego trzyletniego procesu i duka jeszcze, ale proste czytanki czyta. Po angielsku lepiej, bo ćwiczy w szkole codziennie, a ja z nią elemantarza w domu nie piłuję za często; z Marianem Falskim jesteśmy za pan brat tak do trzydziestej strony na oko.
I tak siedzimy sobie ostatnio w salonie, spędzamy leniwe deszczowe popołudnie. Nasza ultrakatolicka Babcia 70+ wizytująca nas z Polski ogląda wiadomości, dzieci hodują małe Ferbiątka na tabletach, ja z laptopem na kolanach błądzę po fejsie. Nagle na moim ekranie pojawia się rysunek Anny i Elsy. Obie patrzą na coś, Elsa jest zachwycona widokiem, Anna przerażona. Podpis nad rysunkiem głosi: „Dwie możliwe reakcje na widok dużego penisa.”
Córki zaglądają mi przez ramię.
– Mamo, co to? – pytają.
Babcia z zainteresowaniem odwraca głowę w naszą stronę. Nie widzi mojego monitora, więc zaciekawiona czeka, co powiem.
Normalnie powiedziałabym, że zobaczyły chłopca bez majtek, no ale Babcia na zawał by padła, więc zaczynam coś nieporadnie ściemniać. W tym czasie pierworodna duka:
– Pe-ni-sa. Mamo, co to  jest penisa?
I tu jest pies pogrzebany. To rodzice nie są gotowi, żeby dzieci czytały.