Strój

Światowy Dzień Książki. Doroczne absolutne apogeum eksibicjonizmu klasowych prymusów pefekcyjnego rodzicielstwa. Cała szkoła, od najmłodszych klas po kadrę z dyrektorem włącznie przebiera się za postaci z książek. Najlepsi z najleszych odziewają pociechy w drobiazgowo zaprojektowane, kunsztownie własnoręcznie wykonane kostiumy, których nie powstydziłby się żaden teatr narowody. Mniej ambitni wybierają stroje z hipermarketu, których na tę okazję jest cała inwazja. Na szarym końcu w ogonie ciągną wyluzowani, którzy posyłają dzieci do szkoły w dyżurnym kostiumie Elsy czy Spiderman’a, które każde dziecko posiada na różne okazje właśnie.
Pomyślałam, że ja, matka wyluzowana dość, żeby nie powiedzieć wyrodna, lekko się wzbiję na wyżyny tym razem, i jako, że czterolatka tego dnia do placówki nie idzie, to mam czas zająć się sześciolatką. Tydzień przed dniem W sprawdziłam garderobę dziecięcia. Wyszło mi, że jeśli skonstruuję własnoręcznie czerwoną czapeczkę, to resztę stroju Czerwonego Kapturka skompletujemy z normalnych ciuchów, więc będzie dowód bezcennego rodzicielskiego zaangażowania, ale też od niechcenia i bez ekstrawagancji, czyli po prostu perfekt, naturalnie jak u prawdziwej damy.
Przez tydzień piłowałam z dziecięciem książkę o Czerwonym Kapturku. Taką trójwymiarową z bajerami, żeby dziecię porządnie zaprogramować. W końcu nadszedł wieczór przed.
– Aniu, za jaką postać z bajki chcesz się na jutro do szkoły przebrać? – zapytałam. – Pewnie za Czerwonego Kapturka – dodałam dla uzyskania absolutnej pewności.
– Nie. Za Elsę – odpowiedziała natychmiast bez żadnego wahania.
– Jak to za Elsę?? – zapytałam zdruzgotana.
– Bo ja lubię Elsę, i mam strój Elsy przecież – odpowiedziała rzeczowo.
– Ale strój Czerwonego Kapturka też możesz mieć, możemy go skompletować z twoich ubrań – walczyłam zacięcie.
– Nie, ja chcę prawdziwy strój, nie udawany – skwitowała dając dowód nieznajomości subtelnych różnic w pojmowaniu mody między plebsem a klasą śrenią.
– Ale masz być postacią z książki, nie filmu – przyłożyłam z ostaniej flanki.
Dziecina pobiegła na górę. Wróciła po chwili z wymiętolonym komiksem, wydanym na cieńkim papierze, takim dodatkiem do jakiejś gazetki. Rzuciła na stół triumfalnie. Frozen* jak byk.
No nie jestem. Skazana na sukces. Nie jestem.

* Kraina Lodu