Strategia

Nie wiem doprawdy, co mi do głowy strzeliło. Dotychczas kwestie prezentów urodzinowych dla moich dzieci załatwiałam klasycznie, to znaczy dzieci wręczały zaproszenia na przyjęcie swoim przyjaciołom, a ich mamy dyskretnie pytały mnie, co kupić w prezencie, na które to pytanie byłam przygotowana, i wszyscy mieli kłopot z głowy; ja nie miałam w domu niechcianych zabawek, koleżanki nie musiały błądzić po sklepach i wymyślać.
I działało dobrze, dopóki miesiąc temu nie przyszło mi do głowy, żeby dać dziecku wolną rękę. Odsyłałam więc pytające mamy wprost do mojej czterolatki, z pełnym zaufaniem nie wtrącając się w to, co ona im tam do ucha szepcze, i w dodatku nie szkoląc jej w zakresie oczywistej strategii, żeby mianowicie mówiła każdemu co innego, nie zaś wszystkim to samo.
Za bezmyślność moją pokutuję do dziś i będę długo jeszcze.
Nie, żebym była zazdrosna, że dziecię moje własne czteroletnie ma więcej lakierów do paznokci niż ja sama miałam kiedykolwiek. I nie, żebym żałowała, że żaden z jej palety kolorów nie pasuje do mojej daty urodzenia, więc nie mogę od niej pożyczać.
Ale weź tu wytłumacz czterolatce, która na pierwsze imię ma „Kierowniczka”, na drugie zaś „Nie znoszę sprzeciwu i zaraz wszystko rozpiżdżę w dorbny mak”, że ustawiwszy wszystkie swoje lakiery w równym rządku i wywaliwszy wszystkie kończyny na stół z poleceniem: „Maluj”, kiedy po zużyciu wszystkich dwudziestu paznokci pozostło jej jeszcze sześć niezagospodarowancyh lakierów, musi je zostawić na kiedy indziej, kiedy ona chce wszystkie i koniec!