Schody

Według obowiązujących obecnie trendów, dzieci się nie wychowuje, lecz stymuluje się ich rozwój, pozwalając im okazywać w pełni ich emocje, oraz pozwalając im samodzielnie decydować co i ile będą jadły, oraz kiedy będą spały. Rodzic natomiast jest maszyną czynną całodobowo, która cierpliwie, spokojnie i z uśmiechem spędza popołudnie na powtarzaniu „kochanie, załóż papcie” przenigdy nie dodając od siebie „cholera jasna!”.
Osobiście nie popieram. Uważam, że rodzic też człowiek i swoje prawa ma. Do bycia smutnym lub złym, i okazywania tego. Oczywiście, że niedopuszczalne i karygodne jest obarczanie kilkulatka problemem typu: „straciłam pracę, nie mam pieniędzy, wkrótce zabiorą nam dom”, bo dziecko ma mieć swoje dziecięce troski, że mu się flamastry wypisały na ten przykład, a nie martwić się o byt. Ale już na przykład poinformowanie, że boli mnie ząb, więc dziś mają się bawić cicho i samodzielnie, uważam za całkiem uczciwe postawienie sprawy. U nas to działa. Złość również uważam, że można okazać podniesionym tonem. To są ludzkie emocje. A rodzic też człowiek.
Poza tym uważam, że codzienna rutyna w godzinach spania i posiłków, a także egzekwowane dyscypliny, że na przykład po domu nie jezdzi się rowerem, nie wkłada się nic do kontaktów,  dzieciom nie szkodzi, wręcz przeciwnie, sądzę, że czują sie całkiem dobrze, mając wyraźnie wyznaczone granice, a rodzicowi pozwala to zachować jako taki plan dnia, spokój wewnętrzny i bezpieczeństwo.
W praktyce wiadomo, że nie zawsze mi wychodzi, bo i konsekwencji braknie i cierpliwości, ale ogólnie staram się i efekty są. Dzieci mam naprawdę fajne i całkiem grzeczne. A spontaniczności i kreatywności im nie brakuje, po czym wnoszę, że zahukane nie są.
Ale bywa, że metoda szwankuje. Wczoraj miałyśmy bardzo aktywny dzień plażowo-rowerowy, i wieczorem dziewczyny nieziemsko zmęczone przysypiały na sofie z minami „rusz mnie, a będę ryczeć”. Ale brudne były takie, że bez prysznica nie mogło się obejść. Zastosowałam stary podstęp, który ku memu zdziwieniu wciąż działa.
– Kto pierwszy w łazience, ten wyciąga korek z wanny! – ogłosiłam.
Trzylatka zerwała się i pobiegła na górę. Pięcioatka ani drgnęła, oddała walkowerem i wpadła w szloch. Przytuliłam, otarłam łzy, zapytałam dlaczego.
– Bo przecież nie wolno biegać i popychać się na schooodaaach – zaniosła się płaczem od nowa.
O mój Boże. Przetrenowane dziecko.