Róż

Z kolorem różowym od samgo początku nie zamierzałam walczyć wcale. Po pierwsze dlatego, że dzieci lubią być jak inne dzieci, więc po co im to psuć. Po drugie, różowe najtańsze jest, a w ostatnie dwa lata był to czynnik decydujący. Poza tym, całkiem wygodnie jest robić jedno pranie białe, jedno czarne i sześć różowych tygodniowo. Nic się nie miesza, nie farbuje.
Jednak ekspansja różu wykracza poza granice garderoby. Różowa powinna być pościel, talerze, zabawki, pudełka na drobiazgi, a najlepiej meble i ściany.
Co się da, to mają. Niech się cieszą, nie protestuję.
Nie protestowałam nawet, kiedy miesiąc temu podczas podróży, w hali odlotów cieszyły się entuzjastycznie, że ze wszystkich widocznych przez szklaną ścianę samolotów one polecą najładniejszym, bo różowym, czym doprowadziły niechcący do płaczu siedzącą obok dziewczynkę, która lciała pomarańczowym. Nie protestowałam też kilka dni temu, kiedy na szkolną dyskotekę walentynkową zrobiły sobie własnoręcznie różowe makijaże, tyleż nieprecyzyjne, co intensywne, i pękały z dumy, kiedy nauczycielka się zachwycała, sama próbując nie pęknąć ze śmiechu.
Nie protstowałam też dziś, kiedy w środku przyjęcia urodzinowego czterolatki, które zażyczyła sobie mieć zorganizowane w kręgielni, latałam z nią po obiekcie w poszukiwaniu różowej kuli, bo jej się nagle uwidziało, że będzie grać wyłącznie taką, a na cały klub różowe kule są tylko dwie.
Za dwa miesiące ma urodziny sześciolatka, i ona juz teraz zażyczyła sobie mieć przyjęcie w klubie wspinaczkowym.
To co, zadzwonię najpierw i zapytam czy mają różową uprząż, nie?