Rosół

Nie żebym ortodoksyjną fanką zdrowej żywności była, bo i do fast food’a z dziećmi czasem chadzam, i parówki w lodówce miewam. Zazwyczaj staram się jednak w domu serwować żywność mało przetworzoną, i to najlepiej własnoręcznie.
Staję przy kuchni raz na kilka dni, nagotuję gar rosołu czy nasmażę kotletów i porcjami do zamrażarki wkładam. Zawsze mam co z niej wyciągnąć, przygotować w pół godziny i wiem, że kotlet jest z  piersi kurczaka, a z nie nieszczęśliwej kury zmielonej z grzebieniem i pazurami a rosół jest z mięsa i warzyw, bez rosołowych kostek.
W ogóle nie mam w domu rosołowych kostek, vegety ani magi. Wyrzuciłam niedawno, bo daty ważności minęły ponad rok temu. Mam sól, pieprz, czosnek, zioła. Awaryjnie mam też jedno pudełko bulionu warzywnego w proszku. Takiego bez wzmacniaczy smaku i konserwantów.
A jak do tego dołożyć fakt, że kiedy się taki kotlet sam rozmraża na patelni, a w garnku parowym w dwadzieścia minut ziemniaki w plasterkach i brokuł same się na jednym palniku gotują, to mi wychodzi, że nie dość, że ekspresowo, to jeszcze całkiem zdrowo dzieci kamię, przynajmniej w porównaniu z tym, jak mogłabym żywić rodzinę po najmniejszej linii oporu, czyli odwiedziając w supermarketach regały z przecenionymi gotowymi daniami. Toteż zadowolona z siebie jestem niesłychanie.
A wczoraj nosiło mnie na naleśniki. Zaproponowałam dzieciom, że zrobię na szybki obiad.
– Śniki! Jeej! – ucieszyła się dwulatka.
– Ja bym zjadła rosół – powiedziała czerolatka. – Rosół jest zdrowy – pouczyła mnie.
– Losół! Jeej!- ucieszyła się dwulatka.
– Ale akurat rosołu nie mam w lodówce.
– Ale ja bardzo lubię rosół. Bardziej od naleśniki – przekowywała czterolatka.
No, to uruchomiłam awaryjny bulion, dodałam marchewkę w kostkę, ugotowałam makaron. Cztrerolatka asystowała.
Podałam na stół.
– Um, mniam mniam, ale pyszne ugotowałyśmy – powiedziała po pierwszej łyżce. – To jest mocniej smaczne niż ten rosół co rozmrażasz – dodała.
Czułam już w szpitalu, kiedy mi ją na piersi położyli, że przysporzy mi największych radości w życiu.