Rolnik

Sobota, ósma rano. Przyczłapały do mojej sypialni, wlazły pod kołdrę. Wyjątkowo nie miały pod pachami pluszaków, tylko zabawkę wyrzut sumienia.
Zabawka wyrzut sumienia to przyrząd do zabawy dla małego dziecka, najczęściej ekologiczny i edukacyjny oraz wymagający zaangażowania rodzica w zabawę, który kupujesz na fali uniesienia, błądząc jeszcze wtedy w pełnym makijażu po sklepach z wyposażeniem dla noworodków i głaszcząc się wypielęgnowaną dłonią z idealnymi hybrydami po swoim rosnącym brzuszku, w głowie mając wizję szczęśliwych chwil z roześmianym maluszkiem bawiącym się grzecznie na puchatym białym dywanie. Parę miesięcy później sensem twojego życia staje się syzyfowe robienie prania za dnia i marzenie o śnie w nocy, a na propozycję pobawienia się z dzieckiem reagujesz na tyle nerwowo, że nikt się nie ośmiela. Zabawka natomiast plącze się po domu latami, długo jeszcze po tym, jak dzieci z niej wyrosną i jest twoim nieustannym wyrzutem sumienia za każdym razem, kiedy wpadnie ci w oczy.
No więc przyniosły książeczkę z tekstami piosenek. Była kiedyś do tego płyta, ale potomne ją unicestwiły, zanim udało mi się z nimi posłuchać. Otwarły na pierwszej stronie i zaczęły z zapałem śpiewać piosenki po kolei, bo nauczycieli w przedszkolu miały nie od parady, więc znają. Co oczywiście wyrzut sumienia pogłębia; że znają, ale nie ode mnie.
Doszły do „ABC”.
– Ej bi si di i ef dżiii – zaczęła starsza, lat sześć i pół.
– Hejdż aj dżej kej enomenopi – radoście kontynuowała młodsza, lat cztery i trzy czwarte.
– Julka, to jest: el em en oł pi, nie enomenopi – skorygowałam matkopolsko, zamiast pochwalić.
– Nie, hejdż aj dżej kej enomenopi – odśpiewała ponownie i kategorycznie.
– Julka, naprawdę. El em en oł pi – przekonaywała ją starsza.
– Ja wiem jak jest, pani w szkole uczyła. Enomenopi! – krzyknęła i na znak zakończenia tematu przewóciła na następną stronę.
Cóż, każdy ma swojego „Rolnika w Sandolinie” i już.