Rolnik w Sandolinie

Dotychczas ponad dwuletnia współpraca z przedszkolnym wychowawcą najpierw starszej mojej potomej a teraz młodszej, przebiegała bez zarzutu. Ja pamiętałam o kartkach na święta i czekoladkach na koniec roku, on nigdy nie wezwał mnie na dywanik, i było cacy. Do ostatniego czwartku, kiedy to podpadł mi na całej linii. Otóż kazał dzieciom w domu poćwiczyć śpiewanie piosenek świątecznych. Długo mu tego nie zapomnę.
Słuchanie refrenu:
„Jingle bells, jingle bells
Jingle all the way
Old MacDonald had a fun
One whore open snake”*
może być zabawne trzy razy z rzędu, nie trzy tysiące razy. I nie kiedy prawie trzylatka przez ćwiczenie rozumie darcie się coraz głośniej, już w drodze do domu.
Oczywiście w piątek w przedszkolu, kiedy miał nastąpić wysętp dla rodziców, dziecina rozryczała się na widok tylu ludzi i wtuliła we mnie, nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
Całe popołudnie tłumaczyłam jej, że jest już po występie i już nie musi ćwiczyć.
Sobota miała być pierwszym od wielu tygodni dniem, kiedy nie musiałyśmy się zrywać o świcie. Postanowiłam, że poleżymy w łóżkach za wszelką cenę, nawet za cenę zagrań mało pedagogicznych.
– Jak się rano zbudzisz pierwsza, to nie  musisz już ćwiczyć piosenek, możesz pobawić się tabletem. Potrafisz sama włączyć i otworzyć kolorowanki, tak? Nie musisz budzić mamy ani siostry, żeby pobawić się tabletem sama, rozumiesz? – upewniłam się, że zapamiętała, kiedy kładłam ją spać.
O szóstej pięć zbudziło mnie uporczywe pianie koguta. Po chwili dołączyły do niego gdakające kury, kaczki, i mecząca koza. Jak się okazuje, dziecko potrafi też włączyć odgłosy farmy na tablecie.
Ona ma wyraźne zacięcie rolnicze, nie?

*Wolę nie tłumaczyć dosłownie. Tak mniej więcej dziecina z piosenki o saniach, koniach i dzwoneczkach zrobiła opowieść o tym, jak stary MacDonald miał przyjemność z prostytutką.