Przydał by ci się facet w domu

„Przydał by ci się facet w domu” – takie zdanie usłyszałam niedawno kilka razy. Pierwszy, jak pytałam kolegę czy ma urządzenie co cięcia terakoty, bo trzy płytki do kuchni muszę przyciąć, a wiem, że on remontował własnoręcznie cały dom i ma różne fajne zabawki. Drugi, jak marudziłam komuś tam, że nie mam na nic czasu, że tapetę ozdobną miałam położyć na jednej ścianie już rok temu i dalej nie zrobiłam. A trzeci, parę dni temu, kiedy sobie ze swojego kawałeczka ziemii w ogródkach działkowych taczką woziłam do samochodu stare cegły do wywiezienia na śmietnik.
I nie mogę się nadziwić. Bo żeby było jasne, ja nie mówię „nie”. Jak się zdarzy fajny facet, który wie, czego che i za mną szaleje, to ja nie mówię „nie”. Fakt, że mam w pojedynkę klawe życie, które lubię i nie mam parcia na faceta na stałe, nie znaczy, że wykluczam definitywnie. Ale na Boga, internety pełne są malarzy, hydraulików i elektryków, któtym płaci się dziesięć funtów za godzinę kiedy są potrzebni. Nie trzeba im prać skarpetek dożywotnio.
Nie wiem doprawdy, czy ja jestem aż tak zacofana, czy tak wyprzedzam swoje czasy, czy tylko pierdlnięta zwyczajnie jestem, że od faceta oczekuję pogody ducha, poczucia humoru, pewności siebie, pomysłów. A czym się zajmuje i co potrafi zrobić sam, a co zleca fachowcom jest zupełnie drugorzędne.
No, ale czamu ja o tym.
Bo w sobotę ostatnią, tak zwaną Wielką, o godzinie dwudziestej trzeciej z groszami, siedzialyśmy sobie z przyjaciółką na przystanku autobusowym na krawężniku, obok jej samochodu na światłach awaryjnych, bo wracając z dorocznego swiątecznego wyjścia do teatru, złapałyśmy gumę. Raz na kwadrans przejeżdżał jakiś samochód, który natchmiast się zatrzymywał i wysiadał z niego samiec, który pozostawiwszy wewnątrz pojazu swoją publiczność płci żeńskiej, patrzył na nas z pobłażaniem i rzucał się do leżących obok nas kluczy i podnośnika i bez pytania, oświadczając jednie, że on się na tym zna i nam pomoże, brał się za zmianę koła. Fakt, że tłumaczyłyśmy, że koło zmienić to my potrafimy, ale tu się nie da nic zrobić, bo główka od jednej śruby jest wyłamana i czekamy na pomoc drogową, w ogóle im nie przeszkadzał. Puszczali mimo uszu. Nie czekali nawet, aż skonczyłyśmy zdanie. Po trzydziestu sekundach stawiali diagnozę, że oto śruba złamana i odjeżdżali z podkulonym ogonem. A wystarczyło, żeby kulturalnie i z szacunkiem wysłuchali co się do nich mówi, nie?
Dwóch pierwszych jeszcze nas śmieszyło, potem już tylko irytacja wzbierała się w nas.
W końcu zatrzymała się dziewczyna. Młodziutka Chinka. Możliwe, że studentka. Zapytała, czy może jakoś pomóc i w ogóle co się stało. Więc powiedziałyśmy, że mamy flaka, śruba złamana, nie da się odkręcić, pomoc drogowa będzie za cztery godziny bo jest Wielkanoc, a nie możemy zostawić samochodu na przystanku, więc siedzimy sobie.
Dziewczyna oświadczyła, że zna okolicę, i sto metrów dalej jest mała uliczka, dokąd możemy dojechać powoli bez uszkodzenia felgi i zostawić samochód do rana, a ona zawiezie nas do domu, żebyśmy nie spędziły nocy na ulicy.
Seksmisja jednak.