Przestroga

W dawnych, zamierzchłych czasach, jako umęczona matkopolskim życiem z jedną roczną sztuką i drugą trzyletnią, usiłująca przetrwać od świtu do zmierzchu, pchając wszędzie czy słońce czy deszcz ze sobą podwójny wózek załadowany butelkami, pieluchami i zakupami, wpadłam kiedyś na pomysł i spontanicznie na pewnym zamkniętym forum dla polskich matek w UK napisałam, że jeśli ktoś ma polskie książki po dzieciach, które już nie są potrzebne, to chętnie przygarnę. Książki, nie dzieci. Dziewczyny się zorganizowały i miesiąc później przybyła dostawa z Londynu. Dwa ogromne pudła, w kórych było wszystko. Od książeczek dla maluchów z grubymi stronami z obrazkami owoców czy warzyw i podpisami, przez wiersze Brzechwy i Konopnickiej, baśnie braci Grimm, legendy polskie, encyklopedie dla dzieci, śpiewniki i nawet zeszyty ćwiczeń z polskiego i matematyki. Łza mi się wtedy w oku zakręciła ze wzruszenia, ale też pomyślałam, że na cóż mi to wszystko już? Wybrałam co mi wtedy pasowało czytać dzieciom, a reszta wylądowała na dolnej półce na regale w salonie z innymi książkami.
Przetrwało to ze mną przemeblowania, przeprowadzkę, kolejne przemeblowania. Dzieci nauczyłam po polsku dukać czytanki z elementarza i inne typu „Lokomotywy” i „Na straganie” i cały czas gdzieś mam z tyłu głowy, że najwyższy czas zabrać się do tych poważniejszych dzieł, jak baśnie i legendy zanim dziewczynki z tej tematyki wyrosną, ale ciągle to się jakoś odwleka, bo ciagle coś innego robimy, ciagle w biegu jesteśmy.
No i dziś rano, ósma piętnaście. Starsza, lat dziewięć, leży w pościeli, bo wczoraj w szkole doznała kontuzji dłoni. Spędziłyśmy wieczór na pogotowiu. Ze zdjęcia widać, że złamania nie ma, ale mocno stłuczone, spuchnięte, palcami ledwie rusza. Dramat podwójny, bo egzamin roczny z pianina za trzy tygodnie musimy odwołać. Leży więc w łóżku i cierpi, i dziś do szkoły nie idzie. Młodsza natomiast, siedmioletnia, z braku porannego towarzystwa jakoś się ubrała, zęby umyła, zjadła i ogólnie gotowa do wyjśia do szkoły była, a tu kwadrans czasu.
– A rób co chcesz, zawołam cię jak trzeba będzie wychodzić – powiedziałam i zanurzyłam się myślami w piętnasu minutach szczęścia. Piętnascie minut bez „mamo ona wzięła moje majtki, nieprawda, te w gwiazdki są moje, nie twoje, mamo nie mogę znaleźć gumki do włosów, mamo zrobiłaś mi francuski warkocz, ja chciałam holenderski, mamo ona mi wchodzi do pokoju bez pozwolenia i nie chce wyjść, a ona niedokładnie umyła zęby mamo, nie chcę chleba, chcę tosta, zmieniłam zdanie, nie jajecznicę tylko omlet”… Piętnaście minut ciszy. Drugą kawkę sobie zrobię, na taras wyjdę, internet otworzę, poczytam newsy, albo ploteczki. Sielaneczka. Cudownie.
Wypłukałam kawiarkę i wsypałam porcję kawy. Młodsza zeszła po schodach z długopisem i zeszytem z kolorową okładką. „O, będzie sobie coś pisała” – pomyślałam. Postawiłam kawiarkę na płycie ceramicznej. Młoda siadła do stołu w jadalni. Umyłam filiżankę po pierwszej kawie, wytarłam.
– Wykonaj działania mnożenia przedstawione na obrazkach i połącz wyniki z odpowiednią liczbą na osi liczbowej. Mamo, pomożesz mi? – usłyszałam za plecami płynną, nie potoczną polszczyznę i odwróciłam się zdumiona.
Młodsza siedziała przy stole nad polskim zeszytem ćwiczeń. Szęka mi opadła, oczy wyszły na wierzch. Skąd ona to ma? Jakim cudem ona tak płynnie czyta? Co tu się dzieje?
– A, to za trudne – skwitowała widząc moją zdumioną minę. – To może to: „Dodaj do siebie wszystkie liczby na skrzydłach wiatraka i zapisz wynik pod obrazkiem” – przeczytała płynnie, bez błędu, a moja szczęka opadła jeszcze niżej.
Kawiarka wypluła z siebie kawę. Kawę, której nie wypiję w spokoju na tarasie.
Podeszłam do stołu. Wzięłam do ręki zeszyt, znalazłam stopkę wydawniczą. Rok wydania 2004.
Jako doświadczona matka przestrzegam was z całego serca. Uważajcie. Na każdym kroku waszej przygody z macierzyństwiem, uważajcie co robicie. Przeszłość dopadnie was i zemści się po latach.