Przestroga dla mam debiutujących w szkolnych jasełkach

Gdyby wam przypadkiem tliło się gdzieś w głowie, że to będzie super zabawa i wspomnienie dla dziecka, jak razem zrobicie kostium, zastanówcie się dwa razy! Ja tego nie zrobiłam.
W piątek cztero i pół latka przyniosła informację, że w szkolnych jasełkach gra anioła i że za tydzień należy dostarczyć strój. W poniedziałek obleciałam okoliczne sklepy i uznałam, że dostępne stroje składają się głównie z brokatu i mnie nie zachwycają. We wtorek przeszukałam internet i znalazłam jedną skromną białą suknię, ale bez skrzydeł. Zamówiłam.
W środę kleiłam skrzydła. Kształt wycięłam z białego kartonu, i dwustronną taśmą przykleiłam do niego boa z piór, kupione w sklepie z akcesoriami na przyjęcia. Wylądować na skrzydłach anioła, zamiast na szyi striptizerki – cóż, taka karma.
W czwartek przyszła suknia. Za długa i za szeroka, ale to się dało załatwić paskiem. Rękawy natomiast trzeba było skrócić. Zmierzyłam ile, obcięłam. Znalazłam białe nici i nie znalazłam pudełka z igłami. Przez następne pół godziny przeszukałam wszystkie kąty, w których wydawało mi się, mogłam to pudełeczko położyć. Bezskutecznie. Wyjęłam więc z przybornika białą tasiemkę i paseczki flizeliny z klejem z obu stron. Przyprasowałam tasiemkę do mankietów i wyszło nawet ładnie. Do kompletu przyprasowałam też tasiemkę na wykończeniu wokół szyi. Wtedy okazało się, że trzeba na nowo przymocować mały kawałeczek rzepa, na który była z tyłu suknia zapinana. Rzep był za gruby, żeby go przyprasować, więc poszłam do sąsiadki pozyczyć igłę. Sąsiadka nie znalazła swojego pudełka z igłami. Ale powiedziała, że jej córka znajdzie, jak wróci ze szkoły. Z tym, że dziś późno wraca.
Poszłam do siebie i znalazłam igły w pokoju dzieci. Zadowolona nawlekłam nitkę. I wtedy okazało się, że nie ma nigdzie tego małego kawałka rzepu, który miałam przyszyć. Przeszukałam wszystko w promieniu metra od deski do prasowania, która stanowiła moje centrum dowodzenia. Zajrzałam pod łóżko i przegrzebałam stertę wyszuszonego, czekającego na prasowanie prania. Nic. Kamień w wodę. Wtedy zaczęłam szukać ukrytej kamery. Nie znalazłam. Ale za to znalazłam nieszczęsny kawałek rzepa przyklejony do żelazka od spodu. Następnie przyszywając go złamałam dwie igły i ponownie przeszukałam pokój w poszukiwaniu ukrytej kamery.
Wszystko zajęło mi około czterech godzin i oświadczam, że byłam w tym czasie całkowicie trzeźwa, gdyż mój organizm miał styczność z alkoholem w trybie doustnym w ilości raczej homeopatycznej (trzy małe szklaneczki grzanego wina) trzy doby wcześniej.
Jeśli chodzi o wizję wspólnego wykonania kostiumu z dziećmi, przy blasku choinki i z kolędami w tle, mogę dodać, że moje potomne od śmierci tragicznej z rąk rozwścieczonej matki przypadkowo uratował Mikołaj, któremu się pomyliły daty, i dzień wcześniej podarował im tablety, dzięki czemu siedziały cicho w pokoju obok zajęte czesaniem wirtualnych kotków.
W piątek dostarczyłam do szkoły kompletny, własnoręcznie wykonany, oryginalny strój.
W najbliższy poniedziałek jasełka mają premierę. Oczekuję po nich szlochu i focha, bo wszystkie inne dziewczynki bedą miały brokatowe stroje z hiprmarketu.
I od nastepnego razu moje dziecko też. Bez wątpienia.