Projekt Lady

„To jest tak rzadki widok, że chyba zrobię pamiątkowe zdjęcie” – pomyślałam gapiąc się wgłąb pustej komory mojego zlewozmywaka. Było południe, co miałam dziś zrobić, to zrobiłam, do odebrania dzieci ze szkoły zostały trzy godziny.
Wzięłam prysznic, podmalowałam oko, ubrałam się w nowy ciuch, w którym o dziwo przypominam bardziej homo sapiens płci żeńsiej niż beczkę i umówiłam się na lunch z przyjaciółką. W drodze do restauracji zajrzałam do drogerii, gdzie zakupiłam flakonik perfum i nowy lakier do paznokci. Następnie przy lekkiej sałatce, sącząc wodę źródlaną ustalałam menu i kartę win na najbliższe planowane przyjęcie świąteczne.
O piętnastej odebrałam ze szkoły dzieci, i ponieważ zaczął padać deszcz, nie ciągnęłam ich do domu na obiad, żeby potem zmoknąć w drodze na zajęcia z baletu, tylko wzięłam je do pobliskiego pubu, gdzie zamówiłam im obiad.
Dzieci grzecznie rysowały w oczkiwaniu na swoje porcje. Uprzejmie podziękowały, kiedy kelner przyniósł im dania. W ciszy zabrały się za jedzienie. Młodsza nawet niedawno oduczyła się zbytnio wymachiwać nożem i widelcem podczas jedzenia. „No cud miód” – pomyślałam. „Spędzam dziś dzień jak prawdziwa dama. W dodatku dzieci mam jak anioły. Gosia Rozenek byłaby ze mnie dumna” – wzdychałam w myślach pijąc wodę i oglądając świat przez okno.
– Mamusiu, nie trzyma się łokci na stole – wyszeptała do mnie w konspiracji, żeby mnie nie zawstydzić młodsza, czteroipółletnia.
No i tyle z mojego bycia damą.