Pożegnanie

Czy wspominałam, że mam partnera? Zadałam się z nim jakiś czas temu, na próbę, bez żadnego zaufania i z przekonaniem, że wytrzyma ze mną najwyżej miesiąc. Ku memu zaskoczeniu, zaczęło nam się całkiem dobrze układać i się polubiliśmy. Jeździliśmy razem do pracy, a radio grało nam „If it’s meant to be, it’ll be, it’ll be, Baby just let it be”. W przerwie na lunch jeździliśmy razem na kawę do pobliskiej sieciówki, gdzie sprzedawca na nasz widok bez pytania robił duże latte na wynos. On starał się jak mógł, a ja karmiłam go tym, co lubił. Sumiennie i z zapałem, nierzadko sięgając granic wytrzymałości, spełniał wszystkie moje zachcianki, za co pieszczotliwie nazywałam go „czerwoną maszyną”. Ani się nie obejrzałam, jak stuknęło nam póltora roku związku, i zdaje się, że on się do mnie przywiązał, zapominając, że ja mu nigdy absolutnie niczego nie obiecywałam.
Tak więc kiedy niedawno zdradziłam go jednorazowo i niezobowiązująco z takim jednym młodziutkim, świeżutkim Francuzikiem, z zazdrości aż się zagotował. Kilka razy nawet.
Wysłałam go na terapię do najlepszego w okolicy, polskiego specjalisty, górala spod samiuśkich Tater. Nie pomogło.
Moja młodsza córka, lat sześć płakała po nim całe pięć minut. Starsza, ośmioletnia, wzruszyła ramionami.
– Nie rycz, mama coś wymyśli – pocieszyła młodszą.
Cóż miałam wymyślić? Wymieniłam na nowszy model.

Rest In Peace Fiat Punto,
Hello Honda Jazz,
Bye bye proper holiday,
Welcome to new debts.*

 

* Spoczywaj w pokoju Fiacie Punto,
Witaj Hondo Jazz,
Żegnajcie wczasy,
Witaj w długach.