Poszła

– Pa mamusiu, kocham cię! – krzyknęła moja pozbawiona dwóch górnych jedynek siedmioletnia szczerbatka, zamknęła drzwi samochodu i poszła. Szła sprężystym, pewnym krokiem, w stroju na balet, długiej lejącej się spódnicy z koła, stukając obcasami butów do stepowania. Z torbą na ramieniu. Szła wzdłóż budynku szkoły baletowej, a ja patrzyłam, żeby sprawdzić, że weszła do budynku bezpiecznie zanim odjadę.
Trzydzieści sekund.
Przed oczami miałam ją, dwuletnią, kiedy wraz ze mną odprowadzała straszą o dwa lata siostrę na te same zajęcia. I kiedy jej siostra znikała za drzwiami sali treningowej, ona stała pod nimi zapłakana, waląca w nie maleńką rączką i lamentująca: „Ja kce tańcyć!”. Przed oczmi mialam dyrektorkę szkoły, która mówiła, że owszem, dziecko jest już do zajęć gotowe, ale nie przyjmie jej póki nie skończy 2,5 lat, bo nie ma na młodsze dzieci ubezpieczenia. Musi poczekać.
Przypomniało mi się, jak przez dwa lata wstawałam o świcie, obrabiałam się z butelkami i pieluchami, śniadaniem i ubieraniem dzieci, jak na za piętnaście dziewiąta odprowdzałam czterolatkę do zerówki, a potem dwulatkę ciągnęłam dalej do jej przedszkola na dziewiątą piętnaście. Jak szłam na szybkie zakupy, wrzucałam je do domu i na dwunastą leciałam do przedszkola odebrać dwulatkę. Brałam ją do domu, pieszo, pochylając się nad każdym kamyczkiem, patyczkiem, kwiatkiem. Odpowiadając na milion absurdanych wtedy pytań i słuchając jeszcze bardziej absurdalnych wtedy opowieści. Jak w domu jadłyśmy coś na lunch, przygotowywałam obiad i na trzecią piętnaście leciałyśmy pod szkołę, odebrać czterolatkę. Dwa lata między ósmą a szesnastą nie robiłam nic innego, jak zaprowadzałam i przyprowadzałam dwoje dzieci z ich placówek. Tam i z powrotem. Dzień w dzień. Pamiętam, że dostawałam obłędu, że chciałam wstać rano i pójść do jakiejś normalnej pracy. Jakiejkolwiek. Do ludzi. Ale uparłam się, że dzieci mają pamiętać na całe życie, że to mama je odprowadzała i całowała przed wejściem życząc miłego dnia, mama na nie czekała, kiedy wychodziły, mama miała czas po lekcjach dla nich, mama podawała obiad. Nie opiekunki, sąsiadki, zmieniające się jak w kalejdoskopie.
Więc dziękowałam losowi, że żyję w kraju, w którym rząd uważa, że to co robię, czyli odchowanie dziecka do czwartych urodzin i wysłania go do szkoły to jest praca, i płaci mi za to, małe, ale wystarczające na życie pieniądze i ciągnęłam ten kierat w przekonaniu, że te wposmnienia, to poczucie zaopiekowania, pewność, że mama zawsze była, jest im potrzebne.
Dziś nawet nie wysiadam z auta tylko odprowadzam ją wzrokiem, kiedy ona sama idzie ulicą, dzwoni domofonem, otwiera drzwi, wita się z koleżanką i wchodzą na zajęcia.
Nie wiem doprawdy, której z nas te wspomnienia były bardziej potrzebne.