Poranek jak co dzień

Dzieci wstały, umyły zęby, ubrały się, zaplotłam im warkocze i już siadałyśmy do śniadania, kiedy nagle siedmiolatka przypomniała sobie, że trzeba iść nakarmić koty sąsiadki, która wyjechała na kilka dni i zleciła nam fuchę utrzymania jej kotów przy życiu za pomocą saszetek. Potomne zerwały się ze mną, jedna porwała do ręki kanapkę. Wychodząc wydałam w eter polecenie zamknięcia drzwi na taras, bo przeciąg się robi. Weszłam do domu sąsiadki, rozpakowałam trzy saszetki, nałożylam do miseczek.
– Gdzie jest Julka? – Zapytałam stojacej obok mnie dziewięcioletniej pierworodnej.
– Pewnie się siłuje z drzwiami na taras. Wiesz, że ona nie potrafi ich zamknąć na klucz, bo to trzeba specjalnie klamkę podnieść, i się zacina. Ona zawsze z tym walczy – odpowiedziała.
No racja, zawsze ja po niej te drzwi zamykam na klucz, bo jej się jeszcze nigdy nie udało. Trzeba naprawić, pomyślałam. Załatwiłam z kotami, wyszłyśmy, zatrzasnęłam drzwi i wtedy pojawiła się młodsza, która dopiero do nas szła. Zawrócila i poszłyśmy do domu.
Wsadziłam klucz do zamka a ten ani drgnął. Ani w lewo, ani w prawo. Coś się zablokowało, zepsuło, cholera wie. Poszarpałam się z tym trochę, ale nic. Jak ta blondzia wsadziłam inne klucze, że może stanie się jakiś cud, coś się przeczyści, ale nie, nic. Zacięło się na amen.
No nic, pomyślam. Trzeba skoczyć przez płot, i wejść przez taras. Dzieci będą zachwycone takim zadaniem.
– Julka, nie udało ci się zamknąć drzwi na taras na klucz? – zapytałam w zasadzie retorycznie, będąc odpowiedzi pewna na bank.
– Udało mi się! – powiedziała pęczniejąc z dumy, i w ciągu dwóch sekund przechodząc z zadowolenia w płacz, bo dotarło do niej, że to nie był najszczęśliwszy moment na ten życiowy sukces.
– Mamo, przepraszam – łkała, a ja tłumaczlam jej, że nie zrobiła nic złego, i jestem z niej dumna, a że zamek do drzwi się zepsuł, to się zdarza i zawsze, zawsze to nie jest najlepszy moment. Takie życie.
Oceniłam sytuację. Dzieci są w mundurkach, jedna w szkolnych butach, druga w papciach. Torby szkolne są w domu. Jedna jest połowie kanapki, a druga bez śniadania. W zasadzie można by je zaprowadzić do szkoły i zgłosić, że nie mają toreb bo drzwi się zatrzasnęły, ale jest jeden problem. Ja jestem w piżamie. Można je podrzucić autem pod szkołę bez wysiadania, bo klucze wszystkie mam w jednym pęku ze sobą,  i zgłosić telefonicznie dlaczego nie mają toreb a jedna jest w papciach. Ale telefon jest w domu.
Spojrzałam w górę. Okno w sypialni starszej córki na piętrze było szeroko otwarte. Odetchnęłąm z ulgą, bo to znaczy ze wejdę na luziku, tylko pożyczę drabinę od kogokolwiek. Tutaj prawie każdy ma drabinę. Ja też mam. W domu.
Dalej sprawy potoczyły się byskawicznie. Jednej sąsiadce, która odprowadzała właśnie swoje dzieci do szkły podrzuciłam moje i poprosiłam, żeby wyjaśniła w szkole sytuację. Dodatkowo okazało się, że mają jedne zapasowe buty szkolne, które pasowały na moją starszą, więc tylko poszła bez torby i śniadania, ale nie wyglądała głupio w tych kroksach.
Druga sąsiadka pożczyła mi drabinę. Trzecia przyszła z drugą tę drabinę trzymać i mi kibicować. Wtedy okazało się, że drabina jest o pół metra na krótka. Powtarzam, upieram się na stanowisku, że nie moja dupa za ciężka, żeby się podciągnąć, tylko dabina stanowczo za krótka. Wtedy zjawiła się czwarta sąsiadka, nowa. Od kilku meisięcy mieszka i od samego początku nie jestem jej fanką, a na przyjaźń między nami rokowania są marne. Bo sami państwo rozumieją, że matka Polka po czterdziestce z kryzysem wieku średniego, siwym odrostem, gębą w zmarszczkach i dziesięcioma kilogramami do zrzucenia nie może się przyjaźnić z trzydziestolatką, która się rusza jak dobrze wysportowana piętnastolatka. No wszystko ma swoje granice jednak.
No, ale pojawiła się dziewczyna, pomóc chciała, to się zgodziłam.
Dla niej, mimo, że jest o głowę ode mnie niższa, drabina jakoś za krótka nie była. Zupełnie nie rozumiem dlaczego.
Koniec końców otwarła mi drzwi od środka w pół minuty od wejścia na drabinę. Weszłam, zarzuciłam na siebie jeansy i t-shirt, wzięłam torby szkolne dzieci i buty starszej, wrzuciłam do auta i zawiozłam szybko do szkoły. W zasadzie jeszcze nie pozamykali bram i jeszcze ostatni spóźnialscy dobiegali. Czyli cała akcja zamknęła się w około dwudzestu minutach.
Dobrze mieć sąsiadki.

PS. Zamek działa dobrze. Nie wiem dlaczego się zaciął i dlaczego się odblokował.