Pół etatu

Świąt Wielkanocnych od wielu lat nie obchdzę. Dzieci wyjeżdżają na tydzień ze swoim ojcem na wczasy, najczęściej na Majorkę, a ja kładę się do szpitala, który uparcie co roku coś mi usuwa, albo wstawia. Ale w tym roku dali mi wolne, toteż wymyśliłam, że pierwszy tydzień ferii spędzamy z dziećmi na działce, a drugi, kiedy dzieci będą się wczasować, spędzę w robocie. Wezmę wszystkie możliwe nadgodziny jakie dadzą, i podgonię trochę minusy na kartach kredytowych, bo wakacje idą, i trzeba znowu z tych kart będzie korzystać.
Tak więc zasuwałam codziennie po dwanaście godzin jak mały zajączek, wolne miałam tylko w niedzielę wielkanocną. Owszem, byłam zmęczona, bo nie jestem do póltora etatu przyzwyczajona, tylko do pół, ale dałam radę bez większego problemu. Współczucie znajomych, jakie to mnie straszne święta spotkały i jak cierpię, i że jeszcze tylko kilka dni, żebym sie trzymała i jakoś wytrzymam, trochę mnie irytowało, bo sama sobie tak zaplanowałam i nikt mnie nie zmuszał, nic mi się nie stało, i w ogóle o co chodzi? Do kościoła i tak bym nie poszła, żurku nie jadła, bo i tak tych świąt nie obchodzę nigdy, więc bardzo byłam zadowolona, że porządnie wykorzystałam ten czas. To teatru poszłam na „Grease” i to mi do szczęścia wystarczyło.
We wtorek wieczorem wróciły dziewczyny, i wróciła normalna nasza rutyna.
W środę rano budzik zadzwonił o szóstej trzydzieści. Wstałam, zrobiłam kawę, kanapkę, sprawdziłam pocztę i pogodę, podlałam kwiatki w ogórdku za domem. O siódmej trzydzieści zbudzialm dziewczyny. Ubrały się, umyły zęby, zeszły na dół. Zaplotłam warkocze. Zrobiłam śniadanie, podałam, posprzątałam stół. Zaprowadziłam do szkoły.
Wróciłam do domu, przebrałam się w robocze ciuchy, wisiadłam do samochodu i pojechałam do pracy. Dostałam szybkie zlecenie na dwie godziny, zrobiłam do dwunastej. Wziełam następne zlecenie, zrobiłam do drugiej trzydzieści. Skończyłam, posprzątałam po sobie kartony i śmieci, pojechałam do domu.
Przebrałam się w normalne ciuchy. Poszłam pod szkołę. Odebralam dzieci. Wróciłysmy do domu, nastawiłam makaron. Pozmywałam naczynia z rana, instruując dzieci zdalnie do puszczenia prania. Posortowały kolorami, wybrały co trzeba, wsadziły do pralki, wlączyły. Zjadłyśmy makaron z pesto. Wyniosłam śmieci. Poleciałyśmy na działkę, gdzie szparagi nam rosną jak opętane i trzeba je zbierać codziennie. Zebralyśmy, wróciłysmy do domu. Dzieci wzięly swoje torby ze strojami baletowymi. Wsiadłyśmy do samochodu. Starszą wysadziłam dwie ulice dalej w pobliżu placu zabaw, młodszą pod szkołą baletową.
Pojechałam do ogrodniczego, kupiłam sadzonki pomidorów i drzewko wiśni. Do spożywczego, po bieżące zakupy. Na stację benzynową, żeby zatankować.
Do szkoly baletowej, gdzie młodsza własnie kończyła swoje lekcje, a starsza już po wyhuśtaniu się na placu zabaw, przebierała się w swój strój. Wzięłam młodszą do samochodu.
Pojechałyśmy do domu, rozpakowałyśmy zakupy. Wziełyśmy ze sobą wkrętarkę, której niestety nie naładowałam dzień wcześniej, i pudełko ze śrubokrętami i poszłysmy do sąsiadki, która kupiła wczoraj łóżko w Ikea i boi się otworzyć instrukcję, a znamy sie od dawna i wie, że mnie instrukcje z Ikea relaksują a skęcanie mebli mnie odpręża niczym dobra sesja w spa.
Łóżko wcale nie było skomplikowane, ale żmudne, bo z czterema szufladami. A że wkrętarka rozładowała się po dwóch pierwszych wkrętach, to cackałam się z tym do późnego wieczoru. W połowie roboty jeszcze wskoczyłam do samochodu i przywiozłam starsze dziecię z jej lekcji baletu.
Przy okazji tej robty przekonałam się, że moja młodsza potomna, lat siedem, róznież ma talent do instrukcji. Dokłanie przyjrzała się pierwzej stronie z wykazem śrubek, podkładek i tych innych wszystkich zatrzasków, i podawała mi na zawołanie odpowienie z nich i w odpowiedniej ilości. Nie pomyliła się ani razu. Przysięgam, że nie miałam jeszcze nigdy lepszej asystentki. Otworzę biznes. Będę ją wynajmowac do tej roboty. Wyceniam ją na piętnaście funtów za godzinę.
Po dziewiątej wieczorem wpadłyśmy do domu, dziewczyny zjadły po kanapce, wzięły ekstresowy prysznic, poszły spać. Ja powiesiłam pranie. Ucieszyłam się, że trochę padało, i nie musiałam już lecieć na działkę podlewać sadzonek. Wzięłam prysznic, weszłam do pościeli z laptopem. Odpowiedziałm na pocztę. Zapłaciłam za balet i pianino na nowy semestr. Sprawdziłam pogodę na jutro, bo trzeba pomidory posadzić. Trzeba też iść do miasta kupić młodszej mundurek na Zuchy, oraz do szewca, bo starszej się sprzączka w szkolnych butach zepsuła, a tam nie ma gdzie parkować, więc trzeba się wstrzelić w pogodny dzień, żeby pójść pieszo. Zrbiłam listę zakupów na jutro, żeby zrobić obiad na pięcioro dzieci na piątek, wegetariański tym razem, bo jedna z zaproszonych nie je mięsa.
Zasypiając dobrze po północy pomyslałam sobie, że bardzo chciałabym nie mieć jutro nic do zrobienia i pójść sobie na dwanaście godzin do pracy, żeby odpocząć.