Pogoda

Kraj ten piękny, w którym się byłam osiedliłam, ojczyzna Shakespeare’a, Churhill’a i brexitu, słynie jednakowoż we świecie ze swej pogody. Błędnie się jednak powszechnie uważa, że problem nieprzyjazności brytyjskiej pogody dla użytkownika polega na tym, że tu ciągle pada. Nic bardziej mylnego. Problem w tym, że czasem padać przestaje.
I wczoraj właśnie miałam okazję być tej niedogodności ofiarą.
Zaplanowane miałam wraz z przyjaciółką i jej dziećmi, że pojedziemy do pobliskiego parku narodowego i zdobędziemy lokalny szczyt.
I tak, jeśli pada deszcz, wiadomo, że należy zabrać zapasowy komplet ciuchów, bo zaparkujemy, ruszymy na szlak, i zależnie od tego jak szybko i w jakiej obfitości złapie nas deszcz, zdobędziemy szczyt lub nie, wrócimy do samochodów, przebierzemy się i pojedziemy do domów.
Jeśli natomiast nie będzie padać, sprawa dalece się komplikuje. Bowiem po zdobyciu szczytu schodzi się nad rzekę, wyciąga się z bagażnika krzesełka, stół, grill’a i lodówkę i rozpoczyna majówkę. Dzieciaki przebierają się w krótkie spodenki i kalosze. Które trzeba było ze sobą zabrać. Grill się rozpala, dzieciaki przylatują z wodą w kaloszach, bo rzeczka głębsza niż do kolan jednak, i zmieniają kalosze na sandały. Które trzeba było ze sobą zabrać. Kiełbaski się rumienią na grillu, jak dzieciaki przylatują mokre do ud i pochlapane po swetrach, a do tego zmarzięte, więc zakładają skarperki, długie spodnie, buty górskie i suche swetry. Które trzeba było ze sobą zabrać. Siadamy do stolika, zjadamy. Dzieci zakładają kurtki, bo już dosyć chłodno i lecą jeszcze pograć w piłkę.
– Tylko trzymajcie się daleko od wody – dostają na odchodne instrukcję i znikają, dzięki czemu możemy się spokojnie oddać licytacji, która z nas miała ostatnio bardziej nieudaną randkę.
Tymczasem dzieciarnia dochodzi do wniosku, że polecenie trzymania się daleko od wody nie precyzowało po której stronie rzeki należy je stosować, i postanawia się przeprawić po kamieniach i głazach na drugą stronę.
Tak więc po chwili z konwesrsacji wyrywa nas potworny wrzask. Odwracamy się w stonę źródła dźwięku i widzimy postaci naszych pociech nadbiegających w liczbie trzech. Czyli jednej brak. Mojej akurat, więc się rzucam jak szalona, zwłaszcza, że identyfikuję pojedyńcze informacje składowe tego wrzasku:
I’m freezing! I’m stuck!*
Biję rekord świata na setkę i widzę moje młodsze dziecię w samym środku rzeki, opierające sie o głaz troszkę od niej wyższy, z którego się najprawdopodobniej zsunęła. Stoi w wodzie co prawda po kolana, ale mokrzuteńka po szyję, łącznie z warkoczem. Szczęście w nieszczęściu, że woda była tak lodowata, że ją sparaliżowało i nie próbowała walczyć z nurtem ani wspinać się na głaz, co w połączeniu z jej paniką mogło się skończyć różnie, ale stała stabilnie i bezpiecznie, dzięki czemu nie musiałam się do tej wody rzucać jak stałam, tylko spokojnie pląsałam sobie w jej kierunku po kamieniach. Kiedy już byłam w jej pobliżu usłyszałam, że pozostała trójka jeden przez drugiego trajkocze, że „Nie powinnaś była Julka do wody wchodzić, przecież mama mówiła, żeby się trzymać z daleka”, zapominając najwyraźniej, że żeby udawać teraz niewiniątka i udzielać porad, stoją jakby nie po tej stronie rzeki co trzeba. To że mieli więcej szczęścia i im się udało, nie znaczy, że ich zakaz nie dotyczył.
Dotarłam do Julki. Uznałam, że jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, w przeciwieństwie do pozostałej trójki na brzegu, do której za dziesięć sekund dotrę i rozszarpię.
– NA MOST! NATYCHMIAST! NA MOST MÓWIĘ! SPIERDALAĆ! – Rozdarłam się całą przeponą wskazując ręką kierunek w górę rzeki, tak donośnie, że cała trójka niezwłocznie zabrała się za wykonanie polecenia. Wraz z nimi prawdopodobnie wszelkie leśne stworzenia posiadające zmysł słuchu w promieniu kilometra. Z tymi, które jeszcze się ze snu zimowego nie obudziły włącznie.
Kiedy więc trójka znalazła się w bezpiecznej odległości, wciągnęłam niedoszłą topielicę z wody i bezpiecznie dotarłyśmy do brzegu, po czym lekkim truchcikiem dla rozgrzewki udałyśmy się w kierunku mostu.
Kwadrans później dziecina siedziała na moich kolanach, wtulona w moje ramiona. Owinięta kocem i przebrana w suche ciuchy. Które trzeba było ze sobą zabrać.
– Już nigdy nie podejdę do rzadnej rzeki – łkała po cichutku.
I tak sobie myślę. Pogoda zdradliwa, szafę ciuchów trzeba wozić w bagażniku, pląsać po kamieniach w rzece i ryzykować przemoczeniem, gadrło zdzierać. Ale możliwość ględzenia teraz i trucia im dupy przez co najmniej dwa tygodnie o konsekwencjach nieposłuszeństwa i zaletach słuchania poleceń matki – bezcenna.

* Zamarzam! Utknęłam!