Początek roku szkolnego

Rok szkolny dzieci moje rozpoczęły z przytupem. Pierworodna, lat dziewięć już pierwszego dnia wrócila z opatrunkiem na nodze i z formularzem informującym o incydencie fiknięcia na drabinkach za bardzo. Dwa około dni później dla odmiany „role model” dyplom przyniosła, czyli taki w nagrodę, za bycie miłą i pomocną dla kolegów tym razem. Młodsza za to, siedmioletnia, wiadomosć przyniosła, że od początku tego roku przeczytała już dwanaście tysięcy słów ze szkolnej biblioteki, czyli jakieś trzy książki, czyli dużo. Nie wiem kiedy ona to czyta, chyba w nocy z latarką pod kołdrą, bo ja osobiście zmuszam ją do czytania po polsku na głos, a szkolnych książek nawet nie oglądam. W każdym razie widać, że się dzieciny za szkołą stęskniły i się nią cieszą.
Mnie się natomiast ten rok szkolny jakoś nie mógł zacząć. Rodzice pod szkołą albo jeszcze podekscytowani, albo już zmęczeni, a ja taka jakaś zawieszona, dalej jakby myślami na wakacjach byłam, roku szkolnego nie czułam.
Do dziś.
Bo dziś budzik zadzwonił o piątej. Wstałam, kawkę zrobiłam, przykleiłam siedemset zestawów szminek z koralikami i branzoletką do siedniuset gazetek, popakowałam po dwadzieścia osiem szuk do pudełek, pozaklejałam, zapakowałąm pudełka do samochodu, posprzatałam po robocie w kuchni, i w sam raz była siódma trzydzieści i poszłam zbudzić dzieci.
Zeszły na dół ubrane, zaplotłam warkocze, dałam śniadanie, zapakowałam lunch boxy, zaprowadziłam do szkoły.
Wróciłam, wsiadłam w samochód, pojechałam do pracy. rozładowałam pudła na paletę, wzięłam nowe zlecenie, część rozłożyłam sobie na biurku do zrobienia na miejscu, część spkowałam do samochodu.
O drugiej wyjechałam z pracy, podjechałam pod dom, rozładowałam towar z samochodu, zjadłam kanapkę.
Podjechałam pod szkołę przed trzecią. Skoczyłam do pobliskiej pizzerii i zakupiłam trzy małe „personal” pizze. Margeritę, hawajską i hawajską z oliwkami. Poszłam pod szkołę. Odebrałam swoje dwie szuki potomstwa oraz jedną dodatkową o imieniu G., której rodzicie prosili mnie o zajęcie sie nią na kilka godzin, bo coś mają do załatwienia. Rozdałam dziewczynkom ich pizze według zamówienia i zostawiłam je na szkolnym korytarzu w pobliżu klasy młodszej córki, gdzie miałam „meet the teacher”, czyli coś w rodzaju wywiadówki. Po pół gdzinie wyszłam, wyrzuciłam pudełka po pizzy do kosza i zabrałam dzieciarnię do samochodu.
Zawiozłam do szkoły baletowej, gdzie moje miały mieć trzy półgodzinne lekcje, G. zaś tylko dwie. Przebrały się i moje weszły na salę, a ja siedziałam trzydziesci minut z G., która w tym czasie czytała książkę. Po pół godzinie G. dołączyła do grupy a ja miałam godzinę dla siebie, czyli na szybkie zakupy spożywcze i zatankowanie samochodu.
O szóstej trzydzieści odebrałam swoje dzieci, a G. odebrali jej rodzice.
Wsiadłyśmy do auta. Przypomniałam dzieciom, że dziś jest dzień otwarty w szkole średniej, do której pierworodna chciałaby iść za dwa lata, i dziś, i tylko dziś jest okazja tam wejść i się rozejrzeć, następna będzie za rok, więc niech zdecydują, czy mają jeszcze na to siłę.
Miały. Zdychałam tam ze zmęczenia, ledwie nogami powłóczyłam, a one zaliczyły wszystkie sale, wszystkie klasy, jakieś eksperymenty z ogniem robiły, jakieś zagadki historyczne, jakąś mapę wygrały nie wiem za co bo nie miałam siły słuchać, na próbie kółka teatralnego były, na sali gimnastycznej jakieś gole strzelały, orkiestry dętej słuchały, cuda na kiju. Obie zachwycone szkołą, koniecznie chcą do niej chodzić. Wyszłyśmy stamtąd o ósmej. Bo zamykali. Na szczęście.
W domu szybka kolacja, prysznic i spać.
Jest dziesiąta. Budzik na piątą nastawiam, bo gazetki nawiozłam do zrobienia przecież.
Także tak, dziś czuję, że i dla mnie rok szkolny się rozpoczął.