Plany

Moje dzieci rujnują mi wakacje. A planowałam je skrzętnie od sześciu miesięcy. Wakacje znaczy.
Już w styczniu zaczęłam szukać lotów na sierpień do Polski, żeby dzieciom Kraków pokazać i Zakopane i inne takie. Ale że tanim liniom lotniczym się we łbach poprzewracało i za te same „piniendze” co w sierpniu do Polski, przelecę się w październiku do Hiszpanii i dwa razy w zimie na narty, to się długo nie zastanawiając zdecydowałam spędzić lato w mieście i czekać spokojnie na październik.
Zaplanowałam, że pozapisuję dzieci na jakieś zajęcia, co lubią, albo inaczej, co moje karty kredytowe zdzierżą jakoś. Na zajęcia na basenie pomyślałam, że zapiszę, bo przecież kiblują już w tych swoich grupach tyle czasu bez postępu, że żal mi tyłek ściska co miesiąc jak czek wypisuję. No, ale zanim zdążyłam, to przyniosły obie kartki od instruktorów, że mam przenieść do wyższych grup.
To pomyślałam, kupię tira środków opatrunkowych dla dzieci, i drugiego tira melisy dla siebie, i nauczę potomne jeździć bez bocznych kółek na rowerach. Miesiąc wakacji nam zleci jak złoto. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Zawiązałam trampki, odkręciłam boczne kółka, otwarłam drzwi domostwa… I pojechały.
Dopiero pięć dni z sześciu tygodni wakacji, które mamy, a one zrujnowały już drugi mój plan.
To co? Skrzypce im kupię, nie? Tego do końca sierpnia nie ogarną.