Pętla czasu

Pamiętasz końcówkę ciąży? Kiedy dosłownie czułaś jak skóra pęka ci na brzuchu, stopy nie mieściły się w żadnych butach, spałaś na siedząo bo nie dało się leżeć w żadnej pozycji, sikałaś co kwadrans, każde spodnie zjeżdzały ci z dupy, strefy intymne goliłaś z lusterkiem, paznokcie u nóg musiał ci ktoś obcinać, odrost na włosach wprawiał się w szał, gówniara kopała cię w kręgosłup i żebra, mdliło cię na widok jedzenia, nie mieściłaś się na fotelu kierowcy i ogólnie byłaś w stanie skrajnego wyczerpania, frustracji i chciałaś już tylko żeby ten koszmar się skończył, niech się dzieje co chce, niech to ryczy po nocach, niech sra i rzyga na potęgę, ale niech wreszcie będzie na zewnątrz, niech ze mnie wylezie w cholerę? A pamiętasz, jak wszysycy w koło co chwila pytali: „Jeszcze nie urodziłaś?” i czułaś  prawdziwą, szczerą, nie kokieteryjną żądzę mordu? Kiedy już czułaś krew, i od działania powstrzymywał się ten nieszczęsny balast, który przykuwał cię do ziemi?
No więc mija dziesiąć lat. Gówniary chodzą do szkoły i na zajęcia pozalekcyjne. I przychodzi grudzień i musisz zaliczyć świąteczne występy.
W środę wieczorem spędzasz trzy i pół godziny w szkole baletowej, gdzie oglądasz popisy baletu, stepowania, jazz dance i śpiewu. W czwartek rano lecisz na godzinę do szkoły na występ szkolengo zespołu rokowego. Po południu dwie godziny piętnaście znów w szkole baletowej, gdzie oglądasz z kolei popisy street dance, lyrical dane, acro i musical theatre. Cokolwiek to wszystko kurna znaczy, siedzisz i podziwiasz, bijesz brawo, chwalisz, gratulujesz.
W piatek po robocie jesteś już ledwie żywa i myślisz tylko o pościeli, a tymczasem masz przed sobą jeszcze świąteczny kiermasz w szkole i jasełka. Modlisz się o grad, huragan, nawałnicę, czy inny kataklizm jakiś, który spowoduje zmaknięcie szkoły i cię od tego uwolni. Ale nic takiego nie następuje, więc w piątek po lekcach idziesz na szkolny kiermasz, czyli imprezę na której dzieciarnia drąc się w niebogłosy goni od stoiska do stoiska i trwoni twoją krwawicę, kłócąc się  o losy na loteriach, płacząc, że się nie wygrało, zazdroszcząc, że inni mieli szczęście, kupując napoje i słodycze, plamiąc ciuchy ketchupem z hotdogów i ogólnie robiąc chaos tysiąclecia, a rodzice objuczeni kurtkami, plecakami i lunchboxami snują się po kątach i modlą o koniec tego cyrku. Wiesz już jak to wygląda, więc masz plan optymalizacyjny, żeby to najmniejszym kosztem przetrwać. Zaczyna się wszystko piętnaście po trzeciej. Gównaiary mają w kieszeni po pięć funtów i dajesz im 45 minut na rozpuszczenie tego. Na czwartą wykupiłaś bilety do groty Świętego Mikołaja, więc o czwartej staną w kolejce, kilka minut potrwa zanim wejdą, wyjdą z prezentami i piętnaście po czwartej ewakuujecie się do domu, gdzie siądziesz na sofie, wyciągniesz nogi, otworzysz wino i będziesz mieć piąteczek piątunio. Trzymasz się tej myśli od środy, od pierwszego występu, od pierwszego siniaka na dupsku od twardych krzeseł. Jeszcze godzina, jedna, ostatnia. Przertwałaś tyle, bądź dzielna, już widać światełko w tulelu.
– A, mamo – przypomina sobie nagle pierworodna, wchdząc na kiermasz i obwieszając cię swoim plecakiem, kutrką i lunchboxem. – O czwartej czterdzieści pięć śpiewamy świąteczne piosenki. Mówiłam ci?
I żądza modru wraca.
Ale gówniary mają intuicję i ulatniają sie w ułamku sekundy. I tylko to je ocala.
Dwie godziny później siedzisz na jakimś zydelku gdzieś w kącie i wydaje ci się, że podlegasz właśnie eutanazji. Pocieszasz się, że gorzej już nie będzie.
I wtedy młodsza gówniara wydaje ostatniego funta na los na loterii, na minutę przed zamknięciem sprzedaży i rozpoczęciem losowania. I wygrywa największy wypasiony Christmas hamper, którego nie dają rady unieść we dwie, więc oczywiście ty targasz go do domu, bo przecież kto jak nie mamusia.
I życzysz im z całgo serca, żeby kiedyś same wpadły w tę pętlę czasu. A ty będziesz siedzieć i się smiać.