Paznokcie

– Pracujesz tylko sześć godzin dziennie i nie masz sobie kiedy zrobić paznokci? – powiedział do mnie w piątek z kpiną telefon, kiedy żaliłam się, jak to mnie szara rzeczywistość przytłacza i nie mam czasu na nic.
Szlag mnie trafił, ale byłam grzeczna, w miarę, i nie darłam się bardzo. Ale dobrze, pomyślałam sobie, nie szukaj wymówek. Sobotę masz zapchaną, ale niedzielę masz zupełnie wolną, to zrobisz. I na działkę pójdziesz, i pobiegasz. Pełen relaks.
Tak więc w niedzielę zbudziła mnie o szóstej rano młodsza córka, sześcioletni blond anioł o imieniu Julia, informując uprzejmie, że bardzo przeprasza, i wie, że w weekend jak zbudzi się pierwsza to ma po cichu czytać w pokoju a nie budzć matkę, ale właśnie zatkała toaletę. Woda stoi po samiutki brzeg i nie spływa, a jej się chce kupę.
Zwlokłam się, odetkałam. Wyszorowałam się pod prysznicem, i stwierdziłam, że obie córki już wstały. To zmieniłam nam wszystim pościele i włączyłam pranie. Zrobiłam i podałam śniadanie. Posprzątałam ze stołu i włączyłam zmywarkę. Powiesiłam pranie, włączyłam drugie.
Zadowolona, że poprzedniego dnia udało mi się zrobić duże zakupy na tydzień, wywlokłam z lodówki co się nawinęło i stanęłam przy garach, ponieważ od poniedziałku do środy grafik zajęć moich dzieci jest tak napięty, że nie mam czasu gotować, wszystko musi być przygotowane. A zasoby z zamrażalnika się rozeszły i trzeba uzupełnić. Zrobiłam kotlety z kurczaka na poniedziałek. Sos boloński do spagetti do zamrożenia na wtorek. Nie miałam pomysłu na środę, więc odpuściłam. Najwyżej szybko zrobię omlet z warzywami. Na bieżący obiad niedzielny zrobiłam zapiekankę z warzyw i makaronu.
Powiesiłam drugie pranie, włączyłam trzecie.
Sprawdziwszy, że ładnie się ubrała i uczesała oraz przygotowała kartkę urodzinową, wzięłam starszą córkę, lat osiem, do samochodu, i odstawiłam ją na przyjęcie urodzinowe. Po drodze wstępując do sklepu po prezent.
W trakcie trwania przyjęcia zabrałam młodsze dziecię do pobliskiego centrum handlowego, gdzie  kupiłam jej nowe kalosze, bo wyrosła. Wybór był mały, ale musiałam brać co jest, bo następna okazja na wyjście z nią żeby przymierzyła nie trafi się prędko, a mieszkamy w kraju, w którym bez kaloszy żyć się nie da. Przepłaciłam, ale nie było wyjścia. Wstąpiłam jeszcze do marketu po szampon, bo zauważyłam rano, że się skończył. Wyszłam z szamponem, mlekiem sojowym, przekąskami dla dzieci do szkoły, żarówkami i parmezanem, bo mi się to rzuciło w oczy, a też w domu nie ma.
Wróciłyśmy do domu. Weszłam do kuchni i poczułam, że pod stopami chlupie mi woda. Poskakałam, potupałam. Woda była pod panelami. Panele podniesione i pofalowane. Oczywiście nie wiem, czy leje się ze zmywarki, czy z pralki, bo stoją obok siebie, obie tego dnia pracowały i obie są w pełni zabudowane. Trzeba będzie demontować, żeby zobaczyć. Kuchnia jest połączona z jadanią i na całej powierzchni leżą te same panele. Poskakałam i potupałam w jadalni, tam nie chlupało i nie było pofalowane. Wzięlam więc młotek i łom (nie pytajcie mnie skąd mam w domu łom, mam) i dziękując opatrzności, że rok temu kiedy remontowałam kuchnię, tknięta jakimś niejasnym przeczuciem, że zwykłe panele laminowane na podłodze w kuchni to pomysł ekstrawagancki i nietrwały, stoczyłam zwycięską batalię z budowlańcami, że mają najpierw stawiać meble na gołym betonie, a potem docinać do nich panele podłogowe, a nie zaczynać od podłogi na całej powierzchni i na niej stawiać meble, zdemontowałam przypodłogowe listwy maskujące nóżki od szafek, i bez najmniejszego problemu usunęłam podłogę w kuchni.
Przyniosłam szmaty i wytarłam wodę. Pieniła się przy wykręcaniu. Co nie daje odpowiedzi na pytanie z czego leci, ale wiadomo, że z odpływu, skoro z pianą, a to lepiej, bo dopływy są pod ciśnieniem, a odpływy nie. Z innych plusów: posadzka betonowa w kuchni jest obecnie czysta jak nigdy.
Sprawdziłam w internecie sklep, z którego pochodzą panele. Oczywiście już ich nie sprzedają, skoro kupowałam je trzy lata temu w promocji jako koniec serii. To onzacza, że nie będzie sztukowania, tylko podłoga w kuchni musi być całkiem nowa. Zapukałam więc do Johna, sąsiada, który jest budowlańcem i ma różne wypasione narzędzia. Przyszedł z małą ręczną pilarką tarczową i uciął panele równiutko pomiędzy kuchnią i jadalnią.
Panele w jadalni niestety podeszły już lekko wodą, więc wcisnęłam pod nie małe kliny z klocków lego żeby się wietrzyło i włączyłam na całego ogrzewanie w domu, rozpoczynając tym samym sezon grzewczy. Może się uda.
Wsiadłam w samochód i popędziłam odebrać starszą córkę z urodzin.
Przywiozłam. Podałam na obiad zapiekankę z warzyw z sosem serowym. Starsza nie zjadła bo się napchała słodyczami i tortem na urodzinach. Młodsza nie zjadła, bo w sosie za dużo czosnku było. Nie dała się przekupić parmezanem startym na sos. Zjadła kotleta z kurczaka, który miał być na jutro.
Poporcjowałam do zamrożenia resztę kotletów i sos boloński. Pozmywałam ręcznie naczynia, bo nie miałam ochoty na rozwiązywanie zagadki z czego cieknie w tej chwili metodą włączenia zmywarki i gapienia się na nią.
Zagoniłam dzieci do zadań domowych, których twierdziły, że nie miały więc nie zrobiły. Zagoniłam też do pianina, tłumacząc zawzięcie że ćwiczyć trzeba zawsze, nawet, a nawet zwłaszcza, kiedy im piątkowa lekcja przepadła, bo nauczyciel grał koncert ze swoim zespołem.
Wymieniłam dwie żarówki w korytarzu na piętrze.
Przekopałam kosz na pranie i wyprałam ręcznie wszystko, co będzie nam potrzebne jutro, bo od rana prałam tylko pościele i ręczniki.
Potem kolacja, zaganianie dzieci do kąpieli, do łóżek, awantura o pozostawianie tubek z pastą odkręconych i groźby, że będą musiały płacić za pastę z kieszonkowego, bo marnują jak wysycha. Przed snem jeszcze jedna głodna, druga jednak chyba miała zadanie domowe, ale nie pozwoliłam zrobić, bo dzieci mają w nocy spać, żeby być zdrowe, i skoro mnie okłamała, to pójdzie do szkoły bez zadania. Zapypiała zesrana ze strachu. Bardzo dobrze, może się czegoś nauczy.
Kiedy tylko zasnęły, rozłożyłam sobie w salonie moje stanowisko do relaksu i samorozwoju, to jest deskę do prasowania i wyprasowałam dziesięć kompletów munduków szkolnych na cały tydzień.
Wzięłam prysznic, wlazłam do pościeli z laptopem, sprawdzilam pocztę, zamówiłam starszej spodnie na zimę do szkoły i rajstopy. Spódniczki dla młodszej nie znalazłam takiej jak chciałam, czyli łatwej do prasowania, więc dalej będzie chodziła w takich krótkich, że ledwie dupę zakrywają. Ciekawe, czy dostanę list ze szkoły z upomnieniem. Popłaciłam najpilniejsze rachunki, na resztę przelałam sobie kasę z polskiego konta, oczami wyobraźni widząc się za kilka miesięcy na nartach w Polsce bez kasy na tymże koncie. Nie był to widok optymistyczny. Wtedy przypomniałam sobie, że miałam dzwonić do pensjonatu i zamówić na te narty pokój, ale znów, jak od tygodnia zapomnialam, a po nocy dzwonić nie wypada. Skończę bez kasy i bez pokoju i nigdzie nie pojadę, jak tak dalej pójdzie.
Jest godzina jedenasta. Idę spać. Ale najpierw nastawię budzik na czwartą, żeby do siódmej rano kiedy rozpocznie się nowy cotygodniowy młyn, skończyć robotę, którą przywiozłam z pracy, nie skończywszy jej w piątek, kiedy to się zagadałam przez telefon…
No i w sumie nie wiem, dlaczego ja tych paznokci nie mam zrobionych.