Paznokcie II

Wtorek. Budzik zadzwonił o 6.30 rano. Wstałam, zrobiłam sobie kawę i kanapkę. Ubrałam się, sprawdziłam maile i pogodę. O 7.30 zbudziłam dzieci. Wstały, poszły do toalety, umyć zęby i się ubrać. O 7.45 do drzwi zapukały dzieci sąsiadki, która kiedy nie jest fotografką, bywa tłumaczką polsko-angielską, i właśnie tego dnia o świcie jakiś biedak potrzebował jej na sali operacyjnej w szpitalu. Zaprosiłam całą czwórkę dzieci do stołu, zebrałam zamówienie i zaczęłam wydawać. Mleko sojowe i płatki kukurydziane dla Ani, mleko krowie i płatki jakieś inne obrzydliwie słodkie dla Julki, kanapka z dżemem dla Emilki, owsianka na mleku dla Filipa. Kolejna kanapka z dżemem dla Emilki, i jeszcze jedna dla Filipa, bo: „Ciociu Ewo dziękuję za owsiankę, jednak za nią nie przepadam. Czy mógłbym zjeść coś innego?”. Cztery lata. Kocham go.
Odprowadziłam całą czwórkę do szkoły, wróciłam do domu, pozmywałam naczynia, wsiadłam w samochód i o dziewiątej z minutami byłam w pracy. Wzięłam małe zlecenie, skończyłam je o pierwszej i stwierdziłam, że tak pięknej pogody nie można marnować na zasuwanie w ciemnym, zimnym magazynie, więc wzięłam następne zlecenie, załadowałam je do samochodu i pojechałam do domu.
Rozładowałam towar z samochodu do jadalni, załadowałam do bagażnika zdemontowane panele podłogowe, i żeby nie marnować pięknego słońca, przebrałam się, wyciągnęłam pędzel i farbę i zabralam się za malowanie szopki na rowery, bo przed zimą przynajmniej jedna warstwa farby jej się należy.
Malując zaśmiewałam się w głos na myśl, że kiedy taką czynność wykonuje facet, to on pracuje w domu, a kiedy kobieta, to ona w domu siedzi. Cały czas nie dawało mi spokoju, że coś miałam zrobić, i nie pamiętam co. Na szczęście przypadkowy sms mi przypomniał. Zadzwoniłam i zamówiłam pokój w pensjonacie na narty w zimie. Gaździna nie siliła się na polszczyznę, tylko gadała do mnie po swojemu, za co pokochałam ją momentalnie i bezwarunkowo. Nie chciała kobieta zaliczki przelewem, pewnie nie jest fanką wystawiania faktur, więc czym prędzej złapałam za internet i przelałam sobie ostatni tysiąc z polskiego konta na angielskie, celem podreperowania bieżącego budżetu.
Skończyłam malować, schowałam farbę, umyłam pędziel i poszłam do szkoły.
Odebrałam starszą córkę, młodsza została na zumbie dla maluchów. Ze starszą zjadłam w domu spagetti. Starsza przebrała się w swój strój na zumbę. Pojechałyśmy do szkoły. Starsza poszła na zumbę dla juniorów, młodsza wyszła z zumby dla maluchów, dostała ode mnie torbę ze swoim mundurkiem na zuchy dla maluchów i poszła się przebrać do łazienki. Wróciła, dostała do ręki banana i ciastko, wsiadła do samochodu. Wraz z nią wsiadły też dwie jej koleżanki. Ciastko zjadła, banana przehandlowała za paczkę popkornu. Zawiozłam całą trójkę na zbiórkę zuchów.
Pojechałam do sortowni śmieci, czy jak tam się to nazywa, nie wiem, i pozbyłam się z bagażnika paneli podłogowych.
Następnie zrobiłam zdjęcie takiej małej i szalenie skomplikowanej w treści nalepki, umieszczonej w drzwiach samochodu. Wysłałam je do przyjaciółki z komentarzem: „Ratuj”.  Po minucie dostałam sms zwrotny o treści: „2,3 przód i tył”.
Pojechałam na stację benzynową i dopompowałam koła w samochodzie do 2,3 bara. Nie zgubiłam żadnej nakrętki. Nie wiem jak to się stało.
Pojechałam do szkoły, odebrałam starszą z zumby. Zawiozłam do domu. Przebrała się w mundurek dla starszych zuchów. Zjadła ciastko i jabłko. Pojechałyśmy odebrać młodszą z zuchów dla maluchów. Do oddania starszej do jej zuchów miałyśmy piętnaście minut, więc w pobliskiej przychodni zdrowia zapisałam się na rutynowe badanie czegoś tam, na które niedawno przysłali mi zaproszenie. Miałam jeszcze w aptece obok zrealizować receptę, ale nie zdążyłam. Jutro też jest dzień.
Oddałam starszą na jej zbiórkę. Zabrałam młodszą do domu. Dałam jej spagetti.
Wyniosłam śmieci i stwierdziłam, że chwasty które mi wyrastają przed domem spomiędzy płyt chodnikowych nawet przy dużej dawce dobrej woli obserwatora, nie wyglądają ładnie. Powyrywałam, wyrzuciłam, pozamiatałam.
Młodsza skończyła jeść.
Przebrałam się w strój do biegania i zapytałam ją, czy chce zostać sama w domu czy idzie ze mną. Założyła kask i wzięła hulajnogę.
Pobiegałam. Wsiadłam w auto i odebrałam starszą z jej zbiórki.
Przyjechałyśmy do domu. Wzięly prysznic i założyły piżamy. Zrobiłam im po kanapce. Zjadły, umyły zęby, poszły spać.
Pozmywałam naczynia. Obłożyłam pralkę szmatami, włączyłam płukanie z pustym przebiegiem i zaczęłam sobie rozkładać na stole robotę przywiezioną z pracy.
Zatrzymałam pralkę. Poszłam na górę, przekopałam kosz na pranie, zniosłam na dół co wybrałam, włączyłam pranie. Jak się ma lać po betonie, to przynajmniej niech się coś wypierze.
Wróciłam do zlecenia z pracy.
Po godzinie pralka zakończyła cykl i nic się z niej nie wylało.
Powiesiłam pranie.
Wzięłam prysznic i wlazłam do pościeli z laptopem. Sprawdziłam pocztę, odpowiedziałam na co trzeba było, poczytalam jakieś wiadmości, i uznałam, że pora spać. Nastawiłam budzik na czwartą trzydzieści, żeby skończyć zlecenie do pracy rano.
Przed snem zrobiłam rachunek sumienia. Byłam dzis w pracy tylko cztery godziny. A paznokcie dalej nie zrobione.