Paracetamol

Niedziela. Druga w nocy. Ania, lat cztery i pół.
– Mamooo! – budzi mnie płaczem.
Wstaję, idę do pokoju dzieci. Siedzi kupka nieszczęścia na łóżku i trzyma się ręką za czoło.
– Boli mnie gorączka – oświadcza.
Sprawdzam. Faktycznie, rozpalona, dreszcze ma.
– Coś cię jeszcze boli? Brzuszek? – pytam.
– Nie. Tylko głowa.
– Dobrze. Siedź. Idę na dół po lekarstwo – mówię i wychodząc dotykam ręką czoła spiącej młodszej. Młodsza w porządku.
Wracam z termomtrem i paracetmolem. Mierzę temperaturę.
– Dostaniesz lekarstwo truskawkowe i poczujesz się lepiej – mówię.
Podaję lek. Biorę na kolana. Przytula się popłakując.
Budzi się młodsza, lat dwa i pół.
– So stało sie? – pyta zaspana.
– Ania jest chora i dostała lekarstwo. Śpij Juleczko – mówię do niej naiwnie sądząc, że się położy i zaśnie.
– Ja lubiem lekalstwo – ożywia się młodsza.
– Nie dostaniesz lekarstwa, bo nie jesteś chora, połóż się.
– Ale ja baldzo lubieeem! – młodsza zaczyna koncert.
– Nie dostaniesz. Jesteś zdrowa. Śpij.
Przez kwadrans obie popłakują. Jedna, że chora, druga, że zdrowa. W końcu zasypiają. Gorączka spada. Wychodzę.
Godzinę później budzi mnie młodsza.
– Mamo, boli! – woła mianowicie.
Wstaję, idę. Siedzi na łóżku.
– Co boli kochanie? – pytam.
– Tu boli – pokazuje mi na stopie małe, prawie zagojone zadrapanie sprzed kilku dni. – Muszem lekalstwo – dodaje i szczerzy zęby z radości.
Kombinatorka i lekomanka. Na obcej ziemii zrodzona, a jak pięknie polskie tradycje podtrzymuje.