Jak żyć? (3)

Kiedy oglądasz mało cię interesujący finał Ligi Mistrzów tylko po to, żeby dotrzymać towarzystwa swoim zaintereswanym nim córkom, lat osiem i sześć, które na potrzeby oglądania meczu nie przerywają rozgrywki gry w warcaby, którą rozpoczęły wcześniej, i kiedy okazuje się, że doskonale orientują się na bieżąco w jednym i dugim, podczas kiedy ty w jednym i drugim się nie łapiesz.

Charity

Niedzielny poranek. Słońce. Taras. Laptop. Kawa. Cudownie.
Sprawdzam pogodę i mapę. Myślę, gdzie by tu dziś dzieci przegonić przez las. Na górze potomne wstały. Słyszę je od kwadransa, a nie kłócą się. Może chore, czy co?
Po chwili przychodzą do mnie i informują mnie spokojnie, bez przekrzykiwania się nawzajem, o swoim najnowszym konflikcie. Oczom i uszom nie wierzę, że nie drą się i nie skaczą sobie do oczu, tylko kulturalnie wytaczają rzeczowe argumenty. Serio, chore jakieś. Jak nie one.
Otóż młodsza chce od starszej pożyczyć balerinki na piątek do szkoły, kiedy będzie „non uniform day”* i zbiórka pieniędzy na charity, a starsza się nie zgadza, bo ma już zaplanowaną kreację w której skład owe balerinki wchodzą.
– Julka, ale nie ma dyskusji dziecko – tłumaczę jej. – Buty nie są twoje, i siostra oświadcza ci, że nie pożyczy, bo tego dnia sama będzie ich używać. Nie ma się o co obrażać. To nie jest jej zła wola, tylko buty tego dnia są zarezerwowane dla właścicielki. Sprawa jest zamknięta. Poza tym, nawet jakby nie były tego dnia używane, to Ania i tak ma prawo odmówić pożyczki i nie wolno mieć do niej o to pretensji. Jej własność, jej decyzja. Musisz to pojąć i poszukać innego rozwiązania. Idź przekopać szafkę z butami, swoją, nie jej, i poszukaj natchnienia na inną kreację na piątek – zakończyłam.
Pojęła, poszła, pogrzebała, pomarudziła i coś chyba wymyśliła.
Przy śniadaniu zrobiłam im matkopolski wykład, na temat idei pomagania ludziom w potrzebie, i że nie jest dobrze, jak ta idea gubi się w ferworze strojenia się do szkoły. Bo najważnejsze tego dnia jest złożenie datku dla potrzebujących i o tym trzeba pamiętać. Przypomniałam im, że oprócz akcji „non uniform day” w szkole, od czasu do czasu, kiedy robimy w domu porządki i mamy niepotrzebne zabawki, książki albo ubrania, które nie są zniszczone, to zawozimy je do charity shop**. Przy okazji zawiadomiłam je, że za trzy tygodnie zamierzam wziąć udział w biegu chatytatywnym i jeśli chcą, mogą pobiec ze mną. Oraz przypomniałam, że dwa lata temu, kiedy miały włosy do pasa i postanowiłyśmy je obciąć, poprosiłyśmy fryzjerkę, żeby zaplotła je w warkoczyki zanim obetnie i te zaplecione obcięte włosy wysłałyśmy do organizacji, która z tych włosów robi peruki dla dzieci walczących z rakiem. Na koniec poprosiłam, żeby jak się tak będą stroić na ten piątek, nie zpaomniały, po co to wszystko robią.
– Mamo, to ja teraz przez rok jeszcze nie obetnę wosów i za rok będą znowu do pasa, i wtedy je znowu oddam dla chorych dzieci, dobrze? – zaproponowała młodsza, która ma blond włosy do łopatek w tej chwili.
– Dobrze, oczywiście – odpowiedziałam.
Starsza nie powiedziała zupelnie nic ale jej twarz zdradzała burzliwe procesy myślowe zachodzące w głowie. Jej włosy są grube, sztywne, bardzo ciężkie do rozczesania i ona woli je regularnie obcinać na krótko za ucho, żeby szybko zrobić kucyka rano i oszczędzić sobie bólu z czesaniem.
Po śniadaniu podeszła do mnie, usiadła na ławeczce na tarasie, przytuliła się i powiedziała.
– Mamo, zdecydowałam się i proszę cię o pomoc – zaczęła bardzo poważnie.
– Słucham cię – powiedziałam, i coś w środku kazało mi sądzić, że to jeden z tych momentów macierzyństwa, który się zapamiętuje na zawsze.
– Jeśli jakieś dziecko dostanie perukę z moich włosów, to jego rozczesywanie nie będzie bolało, bo czesanie peruki nie boli, prawda?
– Prawda.
– To ja zapuszczę włosy, żeby je komuś oddać. Czy możesz mi co wieczór zaplatać warkocz, żeby rano moje włosy były mniej spątane do czesania? I czy możesz mnie budzić trochę wcześniej, i mi zaplatać warkocz do szkoły, żeby w szkole moje włosy się nie płątały za bardzo?
„Mogę” – pomyślałam, ale nie odpowiedziałam nic, bo ryczałam.
Jestem szczęściarą. Mieszkam pod jednym dachem z dwójką naprawdę fajnych ludzi.

* Dzień bez mudurka. Dzieci przychodza ubrane normalnie, czyli jest odjechana rewia mody, i każdy wpłaca datek na wybrany przez szkołę cel charytatywny.
** Sklepiki takie, u nas w dzielnicy mamy kilka, do których można oddać niepotrzebne rzeczy w dobrym stanie. Rzeczy te następnie zostają wycenione i wystawione na sprzedaż. Dochód przeznaczony jest na konkretny cel charytatywny. W takich sklepikach jest wszystko, od biżuterii po meble. Wszystko niepowtarzalne, niektóre przedmioty mają kilkadziesiąt lat, historię i duszę. Wyszukiwanie w takich miejscach na przykad kryształowych kieliszków do likieru to chwile niemal magiczne. Anglicy bardzo cenią i szanują tę ideę, a wspieranie charity poprzez oddawanie rzeczy do sklepików i kupowanie w nich, to narodowa świętość i tradycja, z której są bardzo dumni.

Kartka z kalendarza (20)

Dziewiętnasty maja anno domomi 2018.
Ślub księcia Harrego i Meghan Markle. Sądny dzień brytyjskiej królowej. Po latach tolerowania sekretnych schadzek Karola i Kamili oraz uciszania skandali obyczajowych, które urządzała jej nieszczęśliwa synowa, po tym, jak drugi w kolejce do tronu William ożenił się z dziewczyną z ludu i liczbą posiadanego z nią potomstwa gwarantuje utratę korony przez czystej krwi arystokrację, dziś królowa musiała ożenić kolejnego wnuka, który nie był nawet łaskaw się na tę okoliczność ogolić, z amerykańską mulatką, rozwiedzioną aktorką, w asyście chóru gospel i z amerykańskim kazaniem, w kórym pastor mocno popłynął, a jedyne, co królowa mogła zrobić to zademonstwować dwudziestominutowe spóźnienie. Trudno wyobrazić sobie, co jeszcze mogłoby ją spotkać. Może któreś z prawnuków będzie mieć partnera tej samej płci.
Nie ma innego tematu gdzie się nie obrócić, jednakże ja odnotować w pamiętniczku muszę, że dziś o poranku wzięłam udział w pierwszym w życiu zorganizowanym biegu na pięć kilometrów. Czas miałam mało imponujący, trzystu uczestników przybiegło przede mną, a tylko kilku po mnie, ale dobiegłam do mety, nie zatrzymałam się ani razu, nie miałam kolki ani zadyszki i nie bedę tego odchororywać. Brawo ja.

Życie w cytatach (40)

Przy śniadaniu.
– How did I hurt you? I didn’t even touch you!
– You were waving with your hands and it scared me, and I hurt my mouth with a straw when I was drinking my milk. It’s your fault!
– No, it’s not!*
– Dziewczynki, spokój! Co wam tłumaczyłam wczoraj? W naszym domu nie szukamy winnych, tylko szukamy wyjścia z sytuacji, tak? Powiedz siostrze, że przy stole się siedzi, a nie tańczy i odsuń się od niej. I w ogóle dlaczego wy ciągle się kłócicie? Od rana do wieczora nie robicie nic innego, tylko się kłócicie. Co to ma znaczyć?
– Mamo, to nie my. To natura tak zrobiła, że siostry zawsze się kłócą. Natury nie zmienisz.

* – Jak cię uderzyłam? Nawet cię nie dotknąłem!
– Machałaś rękami i to mnie wystraszyło, i zraniłam się słomką pijąc mleko. To Twoja wina!
– Nie, nie moja!

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni…

… czyli zemsta za „Krótką rozprawę na temat wyższości bycia singlem nad innymi konfiguracjami”*

Godzina 14.30, w pracy.
– No dobrze M, to ty sobie pracuj jak mróweczka a ja mam na dziś fajrant i spadam. Do jutra.
– Do poniedziałku, chciałaś powiedzieć. Bo jutro to mogę ci najwyżej przysłać fotkę jak ci macham ze szczytu Snowdon.
– Spieprzaj. Nie znam cię.

* wspomniany wpis tutaj

Majówka

Jak się wyemigrowało z kraju, który miał pierwszą w Europie konstytucję, do takiego, który do dnia dzisiejszego nie posiada konstytucji wcale, to się niestety majówki nie ma. Ale los się ulitował w tym roku; trzeciego maja były wybory lokalne, a w naszej szkole jest zawsze punkt wyborczy i dzieci mają wolne.
I znowu. Znowu. Zamiast skoczyć na najbliższą plażę, wgrzać kości, wrzucić selfi na fejsa, zjeść rybę z frytkami na lunch, wieczorem włączyć dzieciom xbox a sobie netflix i otworzyć wino… Ja nie. Ja musiałam wymyślić.
Wstałam bladym świtem, wrzuciłam jakieś manatki do bagażnika i pognałam w stronę stolicy. Przez cztery dni siedziałam na głowie, zajmowałam łazienkę i wyjadałam zawartość lodówki znajomym, którzy po każdej naszej wizycie ledwie żyją, i po każdej mają amnezję i zapraszają nas znowu. Cztery dni ciągałam swe umęczone życiem zwłoki i dwa doczepione do mnie ogony po atrakcjach tego świata. Zaliczyłyśmy dość drobiazgowo Legoland, mniej drobiazgowo, ale z zainteresowaniem Muzeum Nauki i Techniki, musical „Wicked” na West Endzie za to z ogromną pasją obejrzałyśmy i zachwytem, a w drodze powrotnej zaliczyłyśmy Stonehenge.
Żar lał się z nieba i człowiek chudł kilogram na godzinę metodą produkcji potu.
Kasa płynęła szerokim strumieniem. Na paliwo, bilety wstępu, przejazdy, jedzenie na mieście, pamiątki, breloczki, toalety. Głównie wirtualna kasa, z kart kredytowych. Przy każdym wklepywanym przeze mnie w terminal pinie oczami wyobraźni widziałam remont łazienki oddalający się o kolejne miesiące. Ale co tam, liczy się szczęśliwe dzieciństwo,  budowanie wspólnych wspomnień, poszerzanie horyzontów, nieprawdaż?
I tylko dlaczego, dlaczego w drodze powrotnej, kiedy już zjechałam z drogi szybkiego ruchu i zwolniłam na tyle, że młockarnia, którą jeżdżę, obniżyła emisję decybeli do poziomu pozwalającego rozmawiać, popełniłam ten błąd, że zapytałam potomne jak im się nasz długi majowy weekend podobał.
– Mamo, było super. – Zakrzyknęły one.
– A co podobało się wam najbardziej? – zapytałam automatycznie, mimo, iż czułam, że brnę na grunt grząski i będę żałować.
– Najfajniejsze było to, że ty nosiłaś koszulkę z napisem „Hogwarts school of witchcraft and wizardry”.* – powiedziała starsza.
– A mi się podobało najbardziej, jak myłam samochód z wujkiem Andrzejem – dodała młodsza.
I po co się wysilałam?

* Szkoła magii i czarów w Hogwarcie