Kartka z kalendarza (15)

Po sześciu z hakiem latach od premiery monodramu, po dziesiątkach roboczogodzin prześlęczanych na sprawdzaniu repertuaru teatru w terminach moich wizyt w Polsce, po przerwach w przyjazdach do Polski a także w wystawianiu sztuki, spowodowanych urodzeniem przeze mnie i aktorkę łącznie piątki dzieci, dnia piętastego grudnia anno domini 2017 o godzinie dziewiętnastej na małej scenie Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, obejrzałam wreszcie Singielkę z Anną Guzik-Tylką w roli głównej.
Aż z przejęcia chciałam jej po spektaklu o tym powiedzieć, ale kwiatów nie miałam ani nic, i się speszyłam. Teraz żałuję.

Życie w cytatach (31)

Julia, lat prawie sześć.
– Julka, ja wiem, że twój gust kulinarny od zawsze był wyrafinowany, ale czy jesteś pewna, że plasterek sera i miód na jednej kanapce do siebie pasują?
– Oczywiście. Oba są żółte.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXIX

Kiedy już naczytasz się tych internetów w bród i jako osoba oświecona o szokdliwości spożywania jedzenia wysoko przetworzonego, gotowych sosów i mieszanek przyprawowych, których skład wywołuje u dzieci cały atlas chorób od ADHD do autyzmu, cukrzycę, anemię i wszystkie alergie świata na dokładkę, a już największe zło to powodujący agresję u dzieci czerwony barwnik zawarty w najpopularniejszym na świecie czerownym sosie okraszającym każdą kanapkę zjadaną w Europie i Ameryce, i kiedy więc pękająca z dumy i samozadwolenia matkopolskiego stawiasz przed twoimi dziećmi na stole domowej osobistej roboty hamburgery w zdrowej bułce, z domowej osobistej roboty potato wedges* i domowej osobistej roboty pyszną surówką, w której nawet majonez jest domowy przez ciebie własnoręcznie kręcony z jaj od szczęśliwej kury, nie zapędzaj się w błogostanie swoim, bowiem i tak:
– Jest ketchup? – zapytają beznamiętnie one.

* Nie znam polskiej nazwy. Chyba po prostu ziemniaczki pieczone. Pokrojone w ósemki, często ze skórką, posypane przyprawami, skropione olejem i zapieczone w piekarniku. Alternatywa dla frytek.

Katrka z kalendarza (14)

Osiemnasty listopada anno domini 2017.
Na kilka dni Wisła została pępkiem świata. Pełna mobilizacja firnu na skoczni imienia Adama Małysza z okazji pierwszych w sezonie zawodów pucharu świata w skokach narciarskich. Poza tym na swiecie nie dzieje się kompletnie nic, życie zamiera, oczy narodów skierowane są na skocznię.
I tego właśnie dnia, córka moja młodsza, lat prawie sześć o imieniu Julia, kiedym ją z dołu poinformowała, żeby się przygotowała, bo za pięć minut wychodzimy z domu żeby odebrać jej siostrę z zajęć, otóż potomna moja odkrzyknąwszy „OK”, nie poszła sie wysikać, co miałam na myśli prosząc ją o przygotowanie się.
Otóż poszła do łazienki, gdzie wlepiając się w lustro, pomalowała usta błyszczykiem malinowym.
I była gotowa.

Kartka z kalendarza (13)

Diewiąty listopada anno domini 2017.
Państwo wybaczą, ale co we świecie słychać, to ja nie wiem, bom w afekcie będąc, endorfinowo-adrenalinowym, zarezerwowała dni temu kilka wczasy na narty w szczycie sezonu w topowym resorcie, tak więc aktualnie, ażeby afekt ten niefortunny pokryć gotówką, funkcjonuję naprzemiennie w dwóch trybach: „nadgodziny” oraz „padła na pysk”, które to oba stany egzystencji śledzenie informacji ze świata wykluczają.
Lokalnie zaś, mieliśmy święto narodowe 5 listopada i kraj na tydzień ogarnęła doroczna fala fajerwerków, tom i ja bilety na pokaz organizowany przez naszą podstawówkę zakupiła i dzieci zaprowadziła. Festyn bez szału, hot-dogi i świecidełka, ale same fajerwerki trzeba przyznać, na poziomie. A już finał, kiedy salwy strzelały hurtowo i na czas w rytm „Let it go” wydobywającego się z dwóch potężnej mocy głośników i kilkuset nieletnich rozdartych na cały regulator paszczy, naprawdę imponujący. Kto był, ten wie.
Ale co mnie to obchodzi, jak kilka godzin wcześniej, dziecię moje pierworodne przyniosło ze szkoły imienne zaproszenie na uniwersytet, na całodniowe opłacone przez szkołę zajęcia z pisarstwa dla dzieci, które jak określiła moja znajoma, rokują akademicko.
Także panie, panowie, to już oficjalne. Wysyłam siedmio i półlatkę na uniwerek.

Życie w cytatach (30)

Przy obiedzie. Ania, lat siedem i pół. Julia – pięć i pół.
– Julka, co dziś było ciekawego w szkole?
– Nina pokazywała kamień z wolkano. Wiesz mamo, że w środku wolkano jest magma, a jak wolkano eraptuje to jest lawa. I jak lawa się zrobi zimna, to jest kamień. I Nina była na jej holidej na taki wolkano, który eraptował dawno temu, i Nina pojechała na sam strych tego wolkano, to znaczy na czubek, i tam zabrała kamień z wolkano i pokazała nam w szkole.
– Fantastycznie kochanie. Aniu, a u ciebie co ciekawego?
– Ja dzisiaj miałam partnera do nauki Kriszcziana, i mieliśmy na tablecie serczować w google kto był pierwszy man na Moon. I wyseroczraliśmy, że najpierw wysłali małpę i pieska, ale one nie surwajwały, a potem wysłali człowieka, i on spacerował po Moon, i to była Miszyn Apollo Eleven.

Zarządzanie finansami

Dzieciństwo moje przypadło w Polsce na koncówkę komunizmu. Pomimo, że ideologicznie kształtowano mnie opozycyjnie, w sferze finansowej panował w domu pełen socjalizm. Dzieci nie miały nigdy żadnych swoich pieniędzy, słowo „kieszonkowe” nie istniało w słowniku rodziny, a nieliczne kwoty sprezentowane z różnych okazji przez wujków i ciotki, należało natychmiast pożyczyć rodzicom, i ślad po nich się urywał. Po pieniądzach znaczy.
Natomiast wczesne nastolęctwo moje przypadło już na początki drapieżnego kapitalizmu, i osobiście wdrożyłam się weń dosyć sprawnie. Wyspecjalizowałam się w świadczeniu usług rodzonej matce, polegających na bieganiu na zawołanie do warzywniaka i pobieraniu prowizji z reszty. Prowizja musiała być nieznaczna, gdyż matka nie miała o niej pojęcia, zatem nigdy nie uzbierałam żadnej sensownej kwoty, zawsze wszystko rozpuszczałam od razu.
System ten w mojej ocenie miał wyłącznie wady, dlatego ze swoimi dziećmi przyjęłam model odmienny. Dostają cotygodniowe kieszonkowe, które jest obowiązkowe i nieodwołalne. Nie obniżam go nigdy za karę. Co innego premia. Premia to genialny wynalazek. Najlepszy instrument motywująco-represjonujący jaki świat wymyślił. Premie sięgają u mnie pięćdziesięciu procent i podlegają negocjacjom, bo czasem pamiętam wyłącznie przewinienia ostatniego tygodnia, za które premię obcinam, a o zasługach, za które premia wzrasta trzeba mi czasem przypominać. Życie.
Oprócz ciułania, dzieci moje uczą się też pieniądze wydawać. Idealną okazją do wydawania są wyjazdy na wczasy, i taką właśnie miałyśmy tydzień temu podczas ferii szkolych.
Pierwszego dnia wczasów zaproponowałam każdej kwotę dwadzieścia euro na własne wydatki, wypłacaną w dwóch transzach, pierwszego i czwartego dnia wczasów. Zatwierdziły i zainkasowały.
Pięciolatka od razu przystąpiła do szastania kasą przy każdej budce z lodami. Nabyła również przepiękną maskę karnawałową. Kasa rozeszła jej się już drugiego dnia, więc na wypłatę drugiej transzy czekała jak na zbawienie. W tym czasie siedmiolatka bacznie oglądała oferty sklepów z pamiątkami, a zasoby naruszyła jedynie raz na lody.
Po wypłacie drugiej transzy pięciolatka natychmiast dorwała karuzele w wesołym miasteczku, siedmiolatka natomist przedstawiła mi skrupuatny plan swoich wydatków. Torebka Chanel w butiku na głównym deptaku oraz ozdobna  buteleczka z piaskiem w sklepie obok hotelu. Resztę, w postaci kilku euro ma zamiar wydać na lody.
Realizację planów rozpoczęłyśmy od pamiatkowej buteleczki i lodów. Pięciolatka również zakupiła dla siebie podobną buteleczkę. I lody, rzecz jasna. Następnego dnia wybrałyśmy się na spacer do centrum, gdzie znajdował się rzeczony butik. Dotarłyśmy na miejsce, razem z młodszą usiadłam w fotelu i obserwowałam siedmiolatkę, która z pomocą pani ekspedientki przymierzała różne torebki i dokonywała ostatecznego wyboru. Następnie zapłaciła i z nieopisaną satysfakcją wymalowaną na twarzy przepakowała swoje skarby ze starej torebki do nowej.
– Mamo, ja też chcę taką złotą torebkę – zakomunikowała młodsza po wyjściu ze sklepu kiedy spacerkiem pośród turystów udałyśmy sie w kierunku hotelu.
– Kochanie, nie stać cię. Wydałaś prawie całe swoje kieszonkowe na lody, karuzele, maskę i buteleczkę z piaskiem. Zostało ci pięć euro, a torebka kosztuje piętnaście.
– Ale mamo, ty możesz mi ją kupić, ty masz pieniądze.
– Nie kochanie. Dostałyście obie tyle samo pieniędzy na całe wczasy i każda z was sama zdecydowała, na co je wyda. Ty kupowalaś wszystko, co ci się spodobało, i nie sprawdzałaś, ile ci zostanie, a Ania zaplanowała całe swoje zakupy i oszczędzała. To się nazywa zarządzanie pieniędzmi, każdy wybiera sam, jak chce swoje pieniądze wydać.
– No to możesz dać mi więcej pieniędzy przecież – zdziwiła się.
– Nie mogę. Bo na początku umówiłyśmy się, że każda z was ma do dyspozycji tyle samo. To byłoby niesprawiedliwe, gdybym teraz dała ci więcej, rozumiesz?
– Tak, ale ja chcę torebkę.
– Ale nie masz na nią pieniędzy. Trudno. Zamapmiętaj sobie tę nauczkę, że jak się wydaje na drobne rzeczy, jak lody i karuzele, to pieniędzy zostaje coraz mniej aż się skończą i więcej nie ma. Jeśli chce się kupić coś droższego, trzeba zaplanować i zaoszczędzić. Rozumiesz?
– Tak. Już nigdy więcej nie będę wydawać moich pieniędzy – powiedziała z mocnym postanowieniem w głosie, rozwiewając moje wątpliwości, że taka drastyczna nauczka dla pięciolatki to za wcześnie. – Teraz będę wydawać tylko twoje pieniądze – dodała.

PS. Dzień później w sklepiku obok hotelu wyptrzyłyśmy inną, ale również złotą torebkę, dokładnie za pięć euro, które młodsza jeszcze miała, także do domu wróciły ozłocone obie.

Kartka z kalendarza (12)

Osiemnasty października anno domini 2017.
Dzień jak co dzień, mam nadzieję, bo pewności nie mam, gdyż od czterech dni będąc na wyjeździe z okazji ferii szkolnych, zajęta leniwym przemieszczaniem się między plażą, basenem, sauną i stołówką, czasem wstępując do pokoju hotelowego celem zregenerowania sił metodą snu nocnego, nie zaprzątam sobie głowy internetami i wiadomości ze świata są mi obce.
Jednakże odnotować należy, że dnia dzisiejszego córka ma pierworodna, lat siedem i pół o imieniu Anna, stała się kobietą. Po czterech dniach patrzenia z pogardą na młodszą siostrę trwoniącą swoje kieszonkowe przy każdej napotkanej budce z lodami, córka pierworodna weszła dziś do butiku na highstreet w Lloret de Mar i wydała wszystko czym dysponowała na te wakacje, co do ostatniego centa, na złotą torebkę Chanel*.

* Chanel z Chin, żeby było jasne.

Kartka z kalendarza (11)

Dwudziesty czwarty września anno domini 2017.
„Sztuka kochania” nie wygrała festiwalu w Gdyni, Angela Merkel wygrała wybory w Niemczech. Reszta świata bez zmian. Nie wiadomo czy bardziej bać się Kim’a czy Putina, nie wiadomo, czy mówić na głos, co się myśli o Trump’ie. Dzień jak codzień. Nuda.
Tymczasem dziecię me drugie i ostatnie, lat pięć i pół, dorobiło się pierwszego w życiu odcisku na dłoni, powstałego na skutek zwisania i fikania na drabinkach w parku. Oficjalnie uznać więc należy, że definitywnie i nieodwołalnie, dzieciństwo ma szczęśliwe i basta.