Życie w cytatach (35)

Ania, lat prawie osiem, chce zaprosić po szkole do domu przyjaciołkę z klasy, Freyę.
Julia, lat sześć, chodzi do klasy z jej bratem Joelem i też chce go zaprosić, do kompletu.

– Julka, ale wiesz, że nie będziecie razem w czwórkę szaleć, bo Ania będzie się bawiła z Freyą w swoim pokoju, a ty będziesz sama musiała zająć się Joelem. Rozumiesz to?
– Maaamo, przecież ja wiem co się robi z chłopakami! Poradzę sobie.

Życie w cytatach (34)

Julia, lat sześć oraz Ania, lat prawie osiem:

Julia: Mamo, dziś z okazji Dnia Matki zapraszamy cię z Anią do restauracji. I my płacimy z naszych oszczędności dziś.
Ja: Bardzo się cieszę moje kochane. Dziękuję wam. A mogę sama wybrać restaurację?
Julia: Tak. A gdzie byś chciała pójść?
Ja: Do Wagamamy.
Julia: Ojej, a ja wolałabym Pizza Hut.
Ja: To wygląda na to, że głos Ani będzie rozstrzygający. Aniu, którą restaurację wybierasz?
Ania: Tańszą.

Kartka z kalendarza (18)

Pierwszy marca anno domini 2018.
Spadł śnieg. Zaczął wczesnym rankiem i w południe było już całkiem biało.
Miasto sparaliżowane. Zamknięte szkoły, sklepy, biura. Jest to zrozumiałe w tej części kraju, gdzie śnieg pada raz na dekadę i utrzymuje się jedną dobę, gdzie ma czegoś takiego jak zimowe opony czy choćby nawet skrobaczki do szyb, a tym bardziej odśnieżarki i piaskarki, ale będąc wychowaną w Polsce trudno mi nie traktować tego z przekąsem.
Niezależnie od wszystkiego, ludność wyległa tłumnie z domów. Wszyscy tarzają się, obrzucają, jeżdżą na czym popadnie, bo sanek też przecież nikt nie ma. Ba! Nikt nawet nie ma porządnego ubrania na taką pogodę. Internet zalała fala zdjęć białego szaleństwa. Bałwan w każdym ogródku, na każdym zakręcie. Szał i szczęście.
A nam się nie chciało. No co ja poradzę. Nie i już. Znajomi patrzą na nas dziwnie. Dobrze, że nie pytają co w takim razie robiłyśmy, bo nie lubię kłamać i musiałabym przyznać, że odpaliłyśmy Justina Timberlake’a na youtube i tańczyłyśmy Feeling w salonie.
Ale nie o tym dziś.
Otóż chciałam wyskoczyć po kilka rzeczy do osiedlowego sklepu zanim mi go zamkną na dobre, i nie mogłam przed wyjściem znaleźć pomadki do ust. Stałam w przedpokoju i przeszukiwałam po kolei kieszenie i torebki, których ilość jak na osobę, która nigdy nie ma się w co ubrać była zaskakujaco frustrująca.
– Noż kurwa! – wyrwało mi się, na co natychmiast w przedpokoju zjawiła sie moja młodsza córka.
– Co się stało mamo? Wszsyko ok? – zapytałą z troską.
– Ok kochanie, dziękuję. Tylko nie mogę znaleźć mojej pomadki do ust – odpowiedziałam nie przerywając czynności i nie odwracając się do niej.
– Proszę, weź moją – usłyszałam po chwili.
Odwróciłam się. Przede mną stał uśmiechnięty blond aniołek. W wyciągniętej rączce trzymała swoją pomadkę.
Więc to już? Pożyczam kosmetyki od córki? Sześcioletniej?

Jak żyć? (1)

Kiedy o siódmej trzydzieści budzi cię sms:

„Dear Parent/Carer,
Due to the weather the school has been closed Thursday 1st March.
Sorry for any inconveniences.”*

 

* Drogi Rodzicu / Opiekunie,
Ze względu na pogodę szkoła została zamknięta w czwartek 1 marca.
Przepraszamy za wszelkie niedogodności.

Życie w cytatach (33)

Julia, lat sześć.

– Mamo, mamo! Kasza zaraz wykipi! Szybko! No, zdążyłaś. Całe szczęście że jestem taką dobrą kucharką a ty asystentką.

– Wiesz mamo, ja się uczę jeść prawą ręką. Już umiem zjeść prawą ręką rosół. A nie, pomyliłam się. Pomidorową, nie rosół.

Sielanka

Sobota rano. Pierwsza wolna od dawna. Plan na dzień: nie odbierać telefonu, snuć się w piżamach do południa, coś poczytać, coś pograć, mieć luz.
Siedzę z kawą na sofie. Delektuję się faktem, że dawno wyszłam z tego etapu rodzicielstwa, kiedy zrobioną kawę pije się zimną po kilku godzinach. Ja piję już tę świeżą, gorącą i aromatyczną. Dzieci na górze wstały. Rozmawiają, pewnie zaraz zejdą się przywitać.
Nagle z błogostanu wyrywa mnie awanturka na górze. Następnie słyszę stado słoni na schodach.
– Mamo! – wpada do salonu starsza, lat prawie osiem. Z włosem rozwianym i na granicy płaczu skarży: – Ja chciałam w spokoju poczytać, a ona mi właziła pod kołdrę i mnie łaskotała. Mówiłam jej „przestań” a ona dalej i dalej – wyjaśniła mi swą dramatyczną sytuację życiową i rozpłakała się na dobre z bezsilności.
– Bo ja chciałam się z nią tylko pobawić przecież! – Broniła się młodsza, sześcioletnia, czując się tym samym bezwarunkowo niewinna, albo co najmniej rozgrzeszona.
Wzięłam wdech. Postawiłam kawę na stoliku. „To będzie cudowny dzień a ja nie wrzasnę z żadną kurwą na dzieci. Tak będzie” – zaklęłam w duchu rzeczywistość.
– Aniu, wiesz, że nie wolno nikogo bić, prawda? – Zwróciłam się do starszej.
– Tak, ale można się bronić, jak ktoś atakuje – odpowiedziała natychmiast.
– Właśnie. To teraz chcę ci powiedzieć coś ważnego. Jeżeli ktoś podchodzi i nie bije cię, ale mówi coś niemiłego, drażni cię, albo dotyka i ci przeszkadza, a ty prosisz go grzecznie, żeby przestał, a on nie przestaje. I jeśli prosisz tak kilka razy, i dalej nie przestaje, tylko cię prowokuje, to to też jest atak. I możesz się wtedy bronić. Nie wolno ci wpaść w furię i zrobić krzywdy. Nie możesz popchnąć kogoś tak, żeby się przerwócił. Nie możesz uderzyć. Ale możesz wziąć go mocno za ramię i wyprowadzić z pokoju i zamknąć drzwi. Zawsze najpierw powiedz, żeby ten ktoś przestał, bo inaczej użyjesz siły. Jeśli nawet wtedy nie posłucha, to zrób to. Masz do tego prawo. Masz prawo bronić swojej prywatności, swojego terytorium. Rozumiesz? Nie wołaj mnie za każdym razem na pomoc, żebym załatwiła sprawę za ciebie. Spróbuj czasem poradzić sobie sama, dobrze?
– Tak – odpowiedziała z miną nieco skonfudowaną, ale zadowolona.
– Julka – zwróciłam się do młodszej córki. – Dla ciebie przekaz jest taki. Jeśli się nudzisz i potrzebujesz towarzystwa, szukaj czyjejś uwagi pozytywnej, nie negatywnej. Wymyśl fajną zabawę i ją komuś grzecznie zaproponuj, a nie przeszkadzaj mu, żeby go zdenerwować. Bo jak będziesz z nudów chodzić i ludzi drażnić, to ktoś ci w końcu zwyczajnie przypierdoli. Rozumiesz dziecko?
– Tak – powiedziała zawstydzona, doskonale rozumiejąc, iż odebrała właśnie od rodzicielki bardziej zjebkę niż życiową poradę. – Przepraszam – dodała i się przytuliła.
– Dobrze, to dziękuję wam za uwagę moje kochane. Idźcie na górę, macie zupełnie wolny dzień, bawcie się, i rozwiązujcie swoje konflikty samodzielnie, bez mojego udziału. Powodzenia – zakończyłam matkopolską tyradę i w geście odesłania potomstwa na górę, odwróciłam głowę i spoglądając za okno podniosam do ust filiżakę z kawą.
Poszły więc. Idąc po schodach starsza odezwała się do młodszej:
– Słyszałaś? Mama kazała mi cię bić, jak nie będziesz mnie słuchać.
101% kobiety. Usłyszała dokładnie to, co jej pasowało.

Zrobiłam to

W piątek, szesnastego lutego 2018. Mój pierwszy raz. Marzyłam od dawna, sądziłam, że za parę lat dopiero, albo i nigdy, a tymczasem zdarzyło się nagle. Spontanicznie i radośnie. I było cudownie.
Zjechałam na nartach z Kasprowego.
Wszystko zaczęło się od instruktora. Trafił nam się taki, z którym miałam dobry flow, a kto mnie zna, ten wie, że to rzadkość, bo ja jestem irytująca już po pierwszej godzinie znajomości zazwyczaj.
Otóż ten albo nadawał na zbliżonej częstotliwości, albo dobrze udawał, w każdym razie poza „dzień dobry” i „ile płacę”, mogłam z nim normalnie po ludzku pogadać o dupie maryny. Toteż pewnego pięknego poranka wypaliłam doń na stoku z nienacka:
– Panie Wojtku, mnie to się marzy, żeby zjechać na nartach z Kasprowego. Myśli pan, że kiedy będziemy gotowe, za rok, dwa, pięć?
– Pani Ewo, dziewczynki to ja biorę w każdej chwili, i zjadą bez najmniejszego problemu. No, ale pani to nie wiem, czy da sobie radę – powiedział on, i tak się zaczęło. Nie wiem doprawdy jaki mechanizm uruchomił w moim mózgu, ale ani mnie nie wkurwił, ani nie zniechęcił. Po prostu w tej sekundzie wiedziałam, że to zrobię.
Dwa dni później staliśmy na szczycie, w miejsu oznaczonym jako początek trasy i nie było już odwrotu.
Pierwszy jechał instruktor, z prędkością dostosowaną do umiejętności moich dzieci. To znaczy, cholera, szybko. Za nim jechały one, skubane, bo sam sobie je tak wyszkolił. Potem długo nic, więc się zatrzymywali, i po minucie z mgły wyłaniałam się ja, walcząca heroicznie o przeżycie na każdym jednym zakręcie i szczęśliwa niczym zakonnica, która zabłądziła i trafiła na sex party. I tak w kółko aż do Kuźnic.
Pamiętam każdą chwilę, każdy zakręt. Uczucie towarzyszące jechaniu kilometrami w ciszy przez las nie jest porównywalne z niczym. Człowiek nagle rozumie, po co żyje.
To był dzień absolutnie przełomowy. Nie wiem dokąd mnie zaprowadzi, ale wiem, że lepiej sobie tej utraty cnoty nie mogłam wymarzyć.

Rekonstrukcja

Człowiek na tydzień odetnie się od źródła widomości, aby w spokoju przekopać ogródek działkowy, bo połowa stycznia to wszak najwyższy czas, by przygotować glebę na zimę, potem wraca do internetów, a tu się dzieje!
W ojczyźnie dobrej zmiany pewien rekin bankowości, fakir negocjacji i mesjasz demokracji, który niebawem zrechrystianizuje Europę pogrążoną w islamskiej okupacji, wziął się na początek za przerobienie dobrego rządu na jeszcze lepszy. Tak się rozpędził, że wyciągnął zawleczkę z granatu, to znaczy wymienił ministra dotąd niewymienialnego. Dlatego też w napięciu czekamy na najbliższy coming out ministra. Bukmacherzy przyjmują zakłady, czy skandal będzie natury obyczajowej czy politycznej, i czy zamieni dobrą zmianę w nocną zmianę.
Inny polski komik, stand up’er Richard P, po ogromnym sukcesie swojego goszczącego na deskach od dwóch lat show pt.: „Od Aniołków Charliego do Seksmisji”, zwołał na szybko ściankę i ogłosił, że obecnie pracuje nad nowym projektem zatytułowanym: „Gang Olsena”. Jak wiadomo nieoficjalnie, Richardowi P marzy się stworzyć duet ze swoim sparingpartnerem Gregiem i nazwać projekt  „Sąsiedzi”, niestety Greg od dwóch lat nie może zdecydować się, czy jest dla Richarda rywalem czy sojusznikiem w walce o demokrację, wolność osobistą, wolność słowa, wyznania i przekonań, godność i tym podobne. Jest jednak iskierka nadziei, że Greg weźmie się w garść i coś zdecyduje, gdyż wykazał się ostatnio poraz pierwszy charakterem, i twardą ręką wyrzucił ze swojej obsady trzy osoby za przekonania niezgodne z jego własnymi.
Jeszcze inny polski influencer polityczny (według niektórych, również kryminalny) Donald T, znany z tworzenia najwyższej klasy roast’ów, przebywający od lat na zagranicznym tournee w nadstolicy, dostał dopiero co burę od prezydenta Bułgarii, o której istnieniu nikt dotąd nie wiedział, że oto od dawna roast’uje, (to jest, dla niewtajemniczonych w najnowsze trendy światowej sztuki kabaretowej, dopierdala się bez wazeliny tak, żeby ofiara błagała o dobicie) rząd tylko i wyłącznie jednego, małego i słabego państwa. A cóż on ma zrobić ten Donald, jak najsilniejszy kraj, ostoja praworządności, od miesięcy nie posiada rządu wcale?
W ojczyźnie brexitu natomiast nuda. W sondażach większość respondentów na dzień dzisiejszy nie chce wyjścia UK z EU, jednakże ta sama większość nie chce równocześnie powtórzenia referendum.
A czemóż ja to wszyskto piszę? Bo i mnie dosięgła dziś polityczna ręka rekonstrukcji. Córki moje, lat prawie sześć i prawie osiem, rozwiązały swą wieloletnią koalicję i rozdzieliły swoje kluby parlamentarne, lokując je w oddzielnych pomieszczeniach, to jest zajęły obie sypialnie na piętrze domu. Rząd zaś, czyli ja, od dziś stacjonuję na uchodźctwie, czyli na sofie w salonie.
Od polityki nie uciekniesz.