Owieczki

Na fali emocji, które targają mą pierwszą ojczyznę od dni kilku w związku z wprowadzaną reformą edukacji, nie mogłam się ustrzec od trafienia na internetowe komantarze. I tak naczytałam się z jednej strony, jak to obecna edukacja produkuje łatwo sterowalne stado baranów i trzeba to zmienić, oraz z drugiej, że wcale tak nie jest, a dopiero po reformie będzie, i co za tym idzie, czy lepsze społeczeństwo owieczek z dobrze wyedukowaną rządzącą elitą, czy może lepsze powszchnie wyedukowane średnio, kiepskie zarówno w rządzeniu jak i w siedzeniu cicho.
Rozstrzygnięcia oczywiście brak, ale coś na rzeczy jest bez wątpienia.
Każdy obecy czterdziestolatek z politowaniem kiwa głową nad obecną maturą, podczas gdy trzy dekady temu tak samo patrzył na niego jego rodzic. Majster na budowie klnie, że młody inżynier nie przeliczy bleki bez aplikacji na telefon. Emerytowany wykładowca płacze wpisując zaliczenia delikwentom nie odróżniającym kilograma od Newtona.
Ale skoro świat pędzi dziś w zawrotnym tempie, czy mozolne ślęczenie nad kaligrafią ma sens? Jeśli w myśl zasady, żeby nie uczyć dzieci tego, czego nas uczono trzy dekady temu, tylko tego, co im będzie potrzebne za trzy dekady, to czego konkretnie uczyć?
Siedziałam tak i dumałam nieśpiesznie dochodząc do banalnego wniosku, że chyba trzeba uczyć podstaw i pokazywać jak mają one zastosowanie w życiu, a jednocześnie rozbudzać ciekawość do poznawania. Że szkoła to nie fabryka, gdzie się robi swoje osiem godzin na zmianie i zapomina o tym wychodząc. Że przeliczanie jednostek w szkole przyda się przy przepisie kulinarnym w domu. Że liczenie pola powierzchni pomaga sprawdzić, kto ma wiekszy pokój. Że kubatura to nic innego, jak ile wody zmieści się w dmuchanym basenie w ogródku. I że te powiązania są ciekawe, i że warto poznawać nowe i trudniejsze przez cały czas. A jakie to będą konkretnie te przyszłe implikacje wiedzy i życia, to sprawa jakby drugorzędna. Czas sam je przyniesie.
Rozmyślania moje przerwała córka moja młodsza, lat prawie pięć. Dzień wcześniej zmieniłam torbę na zakupy na większą, w kolorze czerwonym z niebieską tapicerką. Dziecię me młodsze, które od dawna zdradza zainteresowanie samochodami, odziedziczone stanowczo nie po mnie, bo moja przygoda z motoryzacją ogranicza się do zapamiętania, z której strony mam wlew paliwa, przyniosło mi ze swojego pokoju pracę plastyczną.
Wycięty z papieru kształt samochodu, w kolorze czerwonym z niebieskimi fotelami w środku. Na odwrocie napis: „Julia, mum and Anna” zakończony monstrualnych rozmiarów kropką.
– Bo ja w szkole uczyłam dziś, że na końcu sentence* się robi full stop**. Wiesz mamo? – powiedziała.
No, to już połowa sukcesu. Przyniosła do domu i zastowowała w praktyce. Kropkę.

* zdanie
** kropka