O tym, że Londyn mnie lubi

Wyobraź sobie, że od kilku miesięcy masz wykupione bilety na dwudniowy maraton po Londynie.
Pierwszego dnia Harry Potter Studio. Drugiego dnia rano wycieczka z przewodnikiem po brytyjskim parlamencie, po południu balet „Dziadek do orzechów”.
Wiesz, że pierwszego dnia będziesz zdychać z nudów i frustracji nosząc za dziećmi kurtki po nieszczęsnym planie filmowm, bo  Harry Potter to bardzo nie twoja bajka. Nie czytałaś, nie oglądałąś, i jedziesz tam zwiedzać jako obsługa techniczna mosząca kurtki za swoimi dziećmi.
Wiesz też, że drugiego dnia rano w parlamencie one będą zdychać z nudów podczas zwiedzania i marudzić, a ciebie szlag będzie trafiał ze wstydu i irytacji, że przeszkadzają.
Potem po południu spdziewasz się, że tanie (no, tanie, to jest pojecie względne, nie kosztujące całej twojej wypłaty miesiecznej, tylko kurna pół) bilety na balet w Royal Albert Hall na trzecim balkonie będą jednak kiepskie i szlag cię będzie trafiał, że nie widzisz, nie słyszysz i w ogóle kicha.
Dodatkowo obawiasz się, że Honda, która od jakiegoś czasu zdaje się poruszać już tylko siłą woli, odmówi posłuszeństwa i nie dowiezie cię do Londynu na czas i ci bilety poprzepadają. A jeśli dowiezie, to pewnie się pogubisz w metrze, bo ci się stacje pomylą. Albo zabraknie ci czasu, bo któraś trasa będzie zamknięta i nie zdążysz dotrzeć na czas. Albo będzie zwyczajnie lał deszcz, zmoczy cię już rano, i bedziesz popierniczać jak zmokła kura cały dzień po parlamencie i w teatrze.
Tymczasem…
Honda chodzi jak żyleta. Nawigacja też. Harry Potter Studio, pomimo nieznajomości treści i braku zachwytu dla tej tematyki, robi na tobie wrażenie i bardzo ci się podoba. Przewodniczka po parlamencie przez godzinę urzymuje dziesiątkę dzieci na najwyższym poziomie skupienia i zainteresowania tym, gdzie siedzi Boris Johnson, dlaczego królowa nie ma prawa wejść do sali obrad i tym podobne. Metro faktycznie miało jedną linię zamkniętą, ale bez problemu zdążyłaś do teatru. Miejsca na trzecim balkonie nie były wcale złe i oglądało się komfortowo.
Pogoda idealna. Bez mrozu, bez deszczu. Słońce i parę chmurek. W zasadzie wiosna.
I jakby tego wszystkiego było mało, rano na miejscu znalazłaś się godznę przed czasem, bo nie chciałaś utknąć gdzieś w korku. Stoisz więc nad Tamizą i mówisz:
– Dziewczyny, mamy godzinę. Chodźcie, przejdziemy się na spacer wzdłuż Tamizy. Przejdziemy się pod London Eye i odbędziemy nasz tradycyjny dialog. Wy będziecie narzekać, że tyle razy obiecywałam, że w końcu się London Eye przejedziemy, i że tyle razy was do Londynu brałam i zawsze was ciągam po innych miejscach i nie dotrzymuję słowa, a ja będę warczeć, że przecież widzicie, że godzina stania w kolejce po bilet, potem dwie godziny z tym biletem do wejścia, i że nie ma sensu, że są naprawdę bardziej wartościowe miejsca do zwiedzania.
No i poszłyśmy.
Ludzi była gartstka, więc już z daleka stwierdziłam, że pewnie zamknęte. Bo pewnie montują te słynne londyńskie fajerwerki sylwestrowe, bo przecież jest 30 grudnia. Ale podchodzę, patrzę. Działa. Ludzie wsiadają. Kręci się.
Idę do kasy. Pan potwierdza, że owszem. Otwarte, działa. Po prostu nie ma ludzi.
Po prostu nie ma ludzi?! Na London Eye po prostu nie ma ludzi! Ktoś coś takiego kiedyś słyszał??
Byłam w takim szoku, że pomyliłam karty kredytowe jak płaciłam. Pewnie beknę karę za przekroczenie limitu.
Wesłyśmy na London Eye. Wagonik był prawie pusty. Widoki w każdą stronę w pięknym słońcu bez przepychania się. Do dziś nie mogę w to uwierzyć.
No lubi mnie ten Londyn. Po prostu.