O tym, jak za drobne oszustwo pokutuję już od czterech lat

Był listopad 2015. Zimno, pochmurno, deszcz, kicha i depresja. Feralnego dnia przemieszczałam się właśnie wraz z koleżanką głównym miejsim deptakiem z poranka dla dzieci w pobliskim kinie w kierunku domu. Dzieci zmarznięte, deszcz pada, odruchowo więc kawałek drogi przeszłyśmy podcieniami przy historycznym miejskim rauszu. A piękny jest, pięćset lat ma jak nic, i patrzymy – otwarty na oścież i ludzie jacyś nas gestem zapraszają do środka. No to bez namysłu wlazłyśmy, bo tam nie pada, ciepło, to się ogrzejemy trochę, i może nawet coś ciekawego się dzieje. Rozglądamy się. Wystawa jakaś. No, może być, przejdziemy się. Ale patrzymy i jakoś tak swojsko dookoła. Po chwili do nas dotarło, że wystawa w dwóch jęyzkach opisana była, angielskim i polskim, i że dotyczyła upamiętnienia 307 Dywizjonu „Lwowskich Puchaczy”, który stacjonował w mieście podczas II Wojny Światowej, a dzień ten, piętnasty listopada, jest Dniem Dywizjonu 307 właśnie.
Ciekawa całkiem była, i w rogu był kącik dla dzieci, gdzie mogły kolorować kredkami szkice samolotów, przymierzać czapki pilotów i chyba gorąca czekolada była, o ile pamiętam. No to zabawiłyśmy tam trochę, dzieci miały frajdę, my w spokoju zwiedziłyśmy wystawę i wszystko by było git, jakby nie podszedł jegomość w garniturze, nie przedstawił się, że jest tej wystawy Organizoatorem, i zapytał, czy wyrażamy zgodę na zrobienie dzieciom zdjęć i zamieszczenie ich w internecie, bo tak uroczo wyglądają i serce rośnie, że kolejne pokolenie Polaków w patriotycznym duchu wychowywane jest.
Cóż było robić? Człowiek się wczuł w klimat, momentalnie zełgał jak z nut i został patriotą, który to przyszedł święto polskie celebrować oraz siebie i potomstwo w temacie wyedukować, bo przecież się nie przyznam, żem tu przypadkiem wlazła jak to ciele, nie? Wymieniliśmy się mailami, żeby mi pan Organizator zdjęcia przysłał i to by było na tyle.
Rok później jakoś, przed kolejnym świętem, przypomniał się, że uroczystość będzie, i żeby przyjść.
Łolaboba!, pomyślałam. Zaś listopad, zaś deszcz, depresja, człowiek na sofie w szlafroku z gorącą herbatą siedzi i na wiosnę czeka, a tu go na takie atrakcje ciągną. Chciałam się wymigać, i odpisałam, że akurat wypada w szkolny dzień, to nie da rady, bo nieobecność nieusprawiedliwiona będzie, a to jak wiadomo w tym kraju problem jest. No to poprosił o dane szkoły i dzieci i już następnego dnia szkoła dostała mailem pismo z biura pani burtmistrz, że oto dwudniowy event międzynarodowy będzie, że uroczyste wciągnięcie plskiej flagi na maszt na ratuszu, że przemówienia burmistrza i polskiego konsula, że prasa, radio, telewizja, że wystawa, wykłady profesorów z uniwerystetu, że nabożeństwo w katedrze, i że zachęca się wszystkich do udziału, prosi o usprawiedliwienie polskim dzieciom, które tego dnia do szkoły nie przyjdą nieobeności, a już w szczególności zaprasza się na obchody dwie uczennice (tu imiona i nazwisko), które co roku są częścią tych znamienitych obchodów i po prsotu zabraknąć ich nie może. Kopia pisma do mnie przyszła i zbladłam na jej widok momentalnie.
Dyrektor szkoły w pas mi się jeszcze tydzień kłaniał, a panie z sekretariatu pytały, czy ja jestem organizatorem obchodów i czy znam osobiście panią burtmistrz. Z tego co pamiętam, jakoś tak odpowiadałam pokrętnie, że nie zaprzeczałam…
No więc skoro nie było już wyjścia, to wziełam dzieci i poszłyśmy. Podczas wciągania flagi polskiej na maszt grany był hymn polski, i odruchowo zaczełam śpiewać. Dzieci me ukochane spojrzały na mnie zaciekawione.
– Znasz tę piosenkę mamo? – zapytały głośno, piękną polszczyzną, wywołując uśmiech zgromadzonych w promieiu półtora metra. Żesz wa mać! Człowiek chce dobrze, a gówniary zawsze znajdą sposób, żeby obciachu narobić.
Po powrocie do domu przez tydzień kazałm im piłować hymn, póki na blachę nie wykuły.
No i tak nam już to weszło w krew, w tradycję rodzinną naszą, że ostatniego października Halloween świętuemy, pierwszego listopada na cmentarz jedziemy zapalić świeczki na grobach polskich lotników, bo innych „swoich” grobów tu nie mamy, a piętnastego z okazi Dnia Dywizjonu 307 chodzimy na uroczyste wciągnięcie flagi na ratusz i otwarcie wystawy.
Z tym, że teraz to już nie musimy, tylko chcemy.

Edit:
Tak, wiem, że po drodze jest jeszcze 11 listopada. Nie wiem dlaczego mi w tej wyliczance uciekło.