O Ani Przybylskiej moje trzy grosze

Ja prosta baba jestem. Pudelka czytam i się tego nie wstydzę, toteż o chorobie Ani Przybylskiej wiedziałam. Google też mam opanowane, więc wiem, że rak trzustki to praktycznie wyrok. I to co teraz napiszę, w dobę po jej śmierci, będzie bardzo niepoprawne politycznie i niepopularne. Bo ja jej w walce z chorobą nie kibicowałam. Ja jej współczułam.
Jestem matką dwójki małych dzieci, którym trzeba jeszcze tyle pokazać. Nie wyobrażam sobie wielomiesięcznego życia ze świadomością, że nie zdążę. Że słabnę, że nie mam siły zmienić pieluchy, pomóc w odrabianiu lekcji, zabrać na basen. Wiecznej huśtawki nastrojów, bo czasem jest lepszy dzień, więc chodźmy na plac zabaw, może jeszcze się uda i wszystko będzie dobrze. Rozmów o tym, że muszę je zostawić i nigdy mnie nie zobaczą. Zastanawiania się, czy będą zdrowo karmione, czy będą jeździć na nartach, czy nie zmarnują talentów, bo nikt ich nie zauważy, czy ktoś im powie, że się nie trzyma nóg na stole, że się nie rzuca papierków na ulicy. Chaotycznych pomysłów, żeby spisać ich ulubione potrawy na karteczkach na lodówce, poukładać im ubranka w szafie, zrobić porządek w zdjęciach. Nocnego siedzenia przy ich łóżkach i płaczu z bezsilności, po kolejnym dniu powstrzymywania łez podczas przyglądania się ich beztroskiej zabawie. Wybuchów złości i przepraszania zaraz potem. Tego opadania z sił, kurczenia się, obawiania się, że to już lada dzień. Samotności. Bo człowiek nie umiera w gronie najbliższych. Człowiek umiera sam. Cholernie sam.
Nie wyobrażam sobie przez co przeszła ta kobieta przez ostatni rok i nie chcę się nigdy przekonać jak to jest.
I kiedy dzisiaj odkryłam, że moja dwu i pół latka sama usiadła na nocnik i walnęła kupę, po czym zamiast mnie zawołać, sama wytarła sobie pupę najlepiej jak umiała, to znaczy rękawem bluzki bardziej niż papierem trzymanym w rączce, po czym pobiegła i zaczęła skakać i turlać się po swojej pościeli, to po postawieniu jej w wannie, rozebraniu i umyciu, po zmianie pościeli, kiedy na kolanach obwąchiwałam dywan i namiot plażowy, bo pech chciał, że akurat miała zorganizowany w pokoju biwak, przypomniało mi się powiedzenie: „Małe dzieci – mały kłopot.”
I tak sobie pomyślałam, daj mi Boże dożyć tych papierosów palonych po kątach, prezerwatyw ukrytych pod doniczką, pieniędzy podkradanych z mojego portfela. I niech ja sobie wtedy o tym przypomnę, i niech ci podziękuję.