No to się doczekałam

Jako profesjonalna matka wyrodna od początku mej przygody z dwiema kreskami na teście ciążowym na coś czekam. Najpierw aż się wreszcie urodzi, aż przestanie ssać, mieć kolki, aż skończy się budzić w nocy, robić w pieluchy, wołać o podtarcie tyłka w toalecie, pytać w kółko „dlaczego?”, i w ogóle, aż się wreszcie wyprowadzi.
No, i widać proszę państwa jakieś światełko w tulenu.
Bo otóż spędzam właśnie wakacje na wizycie u znajomych. Ile tylko pozwala nam pogoda, samopoczucie dzieci i mój stan nerwowy, który z powodu apogeum buntu dwulatka mojej młodszej córki odgrywa rolę kluczową, staramy się spędzać czas w parkach i na placach zabaw zachodniego Londynu.
I tak na przykład przedwczoraj byłam w parku z małym basenem. (Znaczy park był a basenem, nie ja.) Dzieci miałam akurat na swój użytek czworo. Dwie moje, lat dwa i cztery, oraz Roberta i Adama, lat jedenaście i osiem. Wszystkie przebrały się w stroje i pobiegły radośnie do wody. Najmłodsza trzymała się brzegu, a starsza trójka pobiegla razem na środek.
W myśl zasady, że dzieci inteligentne nie potrzebują żadnych zabawek, żeby znaleźć sobie zajęcie, chłopcy natychmiast zajęli się kłótnią. Co kilka minut któryś z nich przychodził do mnie poskarżyć, że ten drugi go kopnął, uszczypnął, ochlapał.
W końcu zażartowałam, że jeden idzie na lewo, drugi na prawo. Niestety okazało się, że moje wyluzowanie młodzież traktuje serio jak beczkę wapna, i całkiem poważnie odparli, że to jest wykluczone, bo Ania jest tylko jedna.
Zrobiłam wielkie oczy.
– A właściwie, to o co wy się w tej wodzie kłócicie? – zapytałam.
– O to, z kim się ma bawić Ania – odparli zgodnie.
Proszę! Cztery lata dziewczę ma i biją  się o nią dwaj dżentelmeni z zachodniego Londynu! No, kto da więcej?