Niejadki

Mam koleżankę, która ma dwie córki w wieku moich córek, czyli dwa i pół oraz cztery i pół roku. Tyle, że jej dzieci noszą ubrania na pięć i sześć lat. Jakoś tak chętnie jedzą te jej dzieci, czyli odwrotnie niż moje ostatnio. Nawet niedawno żartowałyśmy, że powiedzenie „tylko dam dzieciom obiad i wychodzimy z domu” u mnie oznacza dwie godziny, u niej – dwie minuty.
Tak sobie o tym myślałam niedawno, kiedy postawiłam przed dziećmi talerze z obiadem o szesnastej, a była siedemnasta i dotarły do połowy. Oraz o tym, że jeśli utrzymają tempo jedzenia, to po obiedzie będzie czas na kakao i pojście spać. Alternatywą do tak długich posiedzeń przy stole i robienia wszystkiego, tylko nie jedzenia, jest nakarmienie ich. Trwa to krócej, ale jest okupione krzykami i płaczem, więc stosuję rzadko, tylko kiedy nie mam wyjścia. Zazwyczaj po prostu na popołudnie  z nikim się nie umawiam. Mamy czas na jedzenie.
Dlatego się zdziwiłam, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Otwieram, a tam mąż koleżanki, ojciec dwuletniej Gabrysi, którą zostawił u mnie niedawno na godzinę, i kiedy ją odbierał, dość energicznie protestowała, więc ją przekupił perspektywą pójścia do McDonalds. Moje dzieci zapytały, czy też mogą iść, ale wytłumaczyłam, że jest poźno, zaraz idziemy spać. Przyjęły do wiadomości, pomachały Gabrysi na pożegnanie i zapomniały.
– Bo wiesz, ostatnio tak niefortunnie narobiłem smaka twoim dziewczynom, to pomyślałem, że im to wynagrodzę – powiedział Czesław, wręczył mi dwa zestawy Happy Meal z McDonalds’a i odjechał zanim zdążyłam się odezwać.
– Jeeej! Hura! Jedzenie! – obskoczyły mnie moje córki, porwały mi pudełka i zjadły zawartość w kilka minut.
No i stało się. McDonalds opętał mi dzieci. A przecież uważałam.