Nerw

Oczywiście, że obie moje córki kocham nad życie po równo. Oczywiście, że w razie czego, spadną w przepasć obie, bo nie będę umiała wybrać, którą ratować. Oczywiście, że całusy i kieszonkowe rozdzielam po równo. No, ale nic nie poradzę na to, że jedna mnie bardziej w… Denerwuje. Dużo bardziej.
Wczoraj niespełna czterolatka poświęciła całe popołudnie na rozprowadzenie wszystkich posiadanych zabawek po powierzchniach płaskich swojego pokoju. Przy czym wszystkich, to znaczy lalki, ubranka, mebelki, miśki, klocki, kredki, figurki, koraliki, tory, samochodziki, puzzle – wszystko luzem, nie w pudełkach, żeby było jasne. Doprowadziła do stanu, w którym nie potrafi sama tego posprzątać, czym już mnie podminowała, bo mnie uporzadkowanie tego zajmuje kilka godzin, i wcale za tą czynnością nie przepadam. Odłożyłam ją na jutro.
Potem kolacja była nie taka jak trzeba, kąpiel za krótka, piżama nie ta. Zacisnęłam zęby, żeby nie wrzeszczeć, bo w ciągu dnia potrafię opierdzielić równo, ale przed snem nie praktykuję, żeby nie zasypiała z płaczem. Już, już byłam na mecie, już oczmi wyobraźni siedziałam na dole z książką. Nakryłam dziecię kołderką, dałam całusa. Wtedy przypomniało sobie.
– Mamooo, ale nie mam mojego pomarańczowego malutkiego słoniczka do spaniaaa – wyjęczała.
Wzięłam wdech, rozejrzałam się powoli po pogorzelisku pokoju. Wypatrzyłam wymienioną zabawkę pod jej łóżkiem. Zanurkowałam.
– Mamo! Twoja pupa jest jak ogromny pumpkin*! – Zakrzyknęło dziecię klaszcząc podekscytowane, że po całym wieczorze marudzenia spotkało ją wreszcie coś zabawnego.
Wyczołgałam się spod łóżka. Miałam zadrapane czoło, tumany kurzu na ubraniu  a w oczach taką furię, jakbym była w stanie zabić maleńkim pomarańczowym pluszowym słoniem trzymanym w ręce.
Wtedy pięcio i półlatka pośpieszyła na ratunek.
– Julka, mama nie jest pampkin, bo pampkin nie myśli, a mama myśli – powiedziała.
Ma szczęście. Wyrok odroczony.

*dynia